Niepoprawni

sobota, 29 grudnia 2007

"Raju w służbie zdrowia nie będzie" - zadeklarował wczoraj premier Tusk. Lekarze określają sytuację bardziej dosadnie: to postępująca gangrena.

(pw)

... możemy przeczytać na Dziennik.pl


Za trzy miesiące służba zdrowia skona

Za trzy miesiące grozi nam krach systemu opieki zdrowotnej w Polsce - alarmuje DZIENNIK. Dług szpitali sięgnie jednej czwartej budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia. Zabraknie nie tylko na leki, ale również na prąd, ogrzewanie i naprawę sprzętu medycznego. Zostało mało czasu. Rząd i minister zdrowia muszą się zdecydować: albo prywatyzacja szpitali, albo podniesienie składki zdrowotnej.

"Raju w służbie zdrowia nie będzie" - zadeklarował wczoraj premier Tusk. Lekarze określają sytuację bardziej dosadnie: to postępująca gangrena. Za mniej więcej trzy miesiące skromne rezerwy szpitali się wyczerpią, a wtedy nastąpi zapaść.

Nie będzie to zapewne spektakularna katastrofa: pewnego dnia zabraknie antybiotyku do kroplówki dla pacjenta z sepsą, gdzie indziej dostawca odmówi dostawy niezapłaconego sprzętu ratującego życie, potem pacjenci przestaną być przyjmowani, bo szpitale nie będą w stanie ich leczyć. A dług sięgnie 1/4 całego budżetu NFZ. Czarna wizja? Tak, ale coraz bliższa rzeczywistości. W obecnej sytuacji pieniędzy wystarczy najwyżej do końca marca.

Rząd obciąża winą poprzedników, twierdząc, że PiS nie przygotowało rozwiązań w związku z dyrektywą UE o 48-godzinnym czasie pracy lekarzy. "To tykająca bomba podłożona pod rząd PO" - skarżyła się minister zdrowia Ewa Kopacz. Premier Tusk zapowiedział wczoraj, że chce złamać monopol NFZ. "Chcemy dopuścić na rynek prywatne ubezpieczalnie" - mówił. I podkreślał, że w imponującym tempie postępuje prywatyzacja podstawowej opieki zdrowotnej, a to zdejmuje ciężar z barków polityków. Czy na pewno?

Konstytucja RP nakazuje władzom publicznym zapewnienie obywatelom równego dostępu do świadczeń finansowanych ze środków publicznych. Jeśli ma być tak, że to pacjent znajduje się w centrum uwagi rządu, jak zadeklarował wczoraj premier Tusk, to ten konstytucyjny przepis musi być traktowany jako żelazna zasada postępowania.

"Państwo nie jest pracodawcą dla lekarzy, ale to nie zwalnia go z odpowiedzialności za sytuację w szpitalach" - mówi prof. Mirosław Nesterowicz, cywilista, specjalista prawa medycznego. "Politycy złożyli lekarzom obietnice godziwych zarobków, a teraz zwalają całą odpowiedzialność na szpitale" - dodaje. Bezpieczeństwo zdrowotne obywateli ma się znaleźć w rękach dyrektorów. Ci walczą o pieniądze. Muszą sfinansować obsadę dyżurów, ale czekają ich także ostre negocjacje podwyżek dla lekarzy. Bez pomocy rządu nie dadzą rady.

Do tej pory aż w połowie województw dyrektorzy nie porozumieli się jeszcze z NFZ. Negocjacje są najtrudniejsze w tych placówkach, do których w przyszłym roku trafią najmniejsze pieniądze. "Wierzę w odpowiedzialność lekarzy i w determinację dyrektorów" - mówiła podczas czwartkowego brifingu minister Kopacz.

Dyrektorzy są zdeterminowani, ale twierdzą, że nie otrzymali żadnych dodatkowych pieniędzy.System działa siłą rozpędu, ale przez pierwsze trzy miesiące 2008 roku możliwości opłacania dyżurów i negocjowania podwyżek wyczerpią się. Dlaczego? Zwiększenie wyceny za usługi medyczne o ok. 10 proc. spowodowało, że NFZ płaci co prawda więcej, ale często za mniejszą liczbę usług - więc bilans wychodzi na zero. Proszący nas o anonimowość urzędnik NFZ przyznaje, że podwyżki są iluzoryczne. "W systemie jest tyle samo pieniędzy, ile było dotychczas. Nic nie przybyło" - informuje.

Paweł Chęciński, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Dziecięcego przy ul. Niekłańskiej w Warszawie, w rozmowie z DZIENNIKIEM nie kryje zdenerwowania. "Jest dramatycznie źle" - mówi. Obsługująca 150 tys. dzieci placówka nie podpisała jeszcze umowy z NFZ. Fundusz podniósł im stawki za świadczenia, ale nie zwiększył wartości samego kontraktu. "A to oznacza, że będziemy przeprowadzać mniej zabiegów" - wyjaśnia Chęciński.

W szpitalu klinicznym im. Orłowskiego w Warszawie nie zmniejszono liczby kontraktowanych świadczeń. Ale to niczego nie rozwiązuje. "Przedtem płacono 11 zł za punkt rozliczeniowy" - mówi DZIENNIKOWI dyrektor Jan Czeczot. Teraz to jest średnio 12 zł. Więc podwyżka jest 10-procentowa. Na co ma wystarczyć? Po ostatnim proteście dyrekcja dała podwyżki tylko najmniej zarabiającym. Teraz musi to nadrobić - w przeciwnym razie szpital czeka kolejny ostry protest. Efekt? "W marcu może się to skończyć niepłaceniem dostawcom za faktury" - mówi dyrektor Czeczot. A to oznacza nakręcanie kolejnej spirali zadłużenia i niewydolność całego systemu.

Rząd musi przestać udawać, że problem go nie dotyczy. Konieczne jest podjęcie strategicznej decyzji: albo wzmocnienie publicznej służby zdrowia, np. przez podniesienie składki i doprowadzenie do tego, że będziemy na nią przeznaczać 6 proc. PKB, tak choćby jak Czesi i Węgrzy, albo całkowita deregulacja i prywatyzacja.


Ciekawe, czy istnieje szansa, że ten rząd przestanie cokolwiek udawać...

0 komentarze: