Niepoprawni

sobota, 29 grudnia 2007

"Raju w służbie zdrowia nie będzie" - zadeklarował wczoraj premier Tusk. Lekarze określają sytuację bardziej dosadnie: to postępująca gangrena.

(pw)

... możemy przeczytać na Dziennik.pl


Za trzy miesiące służba zdrowia skona

Za trzy miesiące grozi nam krach systemu opieki zdrowotnej w Polsce - alarmuje DZIENNIK. Dług szpitali sięgnie jednej czwartej budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia. Zabraknie nie tylko na leki, ale również na prąd, ogrzewanie i naprawę sprzętu medycznego. Zostało mało czasu. Rząd i minister zdrowia muszą się zdecydować: albo prywatyzacja szpitali, albo podniesienie składki zdrowotnej.

"Raju w służbie zdrowia nie będzie" - zadeklarował wczoraj premier Tusk. Lekarze określają sytuację bardziej dosadnie: to postępująca gangrena. Za mniej więcej trzy miesiące skromne rezerwy szpitali się wyczerpią, a wtedy nastąpi zapaść.

Nie będzie to zapewne spektakularna katastrofa: pewnego dnia zabraknie antybiotyku do kroplówki dla pacjenta z sepsą, gdzie indziej dostawca odmówi dostawy niezapłaconego sprzętu ratującego życie, potem pacjenci przestaną być przyjmowani, bo szpitale nie będą w stanie ich leczyć. A dług sięgnie 1/4 całego budżetu NFZ. Czarna wizja? Tak, ale coraz bliższa rzeczywistości. W obecnej sytuacji pieniędzy wystarczy najwyżej do końca marca.

Rząd obciąża winą poprzedników, twierdząc, że PiS nie przygotowało rozwiązań w związku z dyrektywą UE o 48-godzinnym czasie pracy lekarzy. "To tykająca bomba podłożona pod rząd PO" - skarżyła się minister zdrowia Ewa Kopacz. Premier Tusk zapowiedział wczoraj, że chce złamać monopol NFZ. "Chcemy dopuścić na rynek prywatne ubezpieczalnie" - mówił. I podkreślał, że w imponującym tempie postępuje prywatyzacja podstawowej opieki zdrowotnej, a to zdejmuje ciężar z barków polityków. Czy na pewno?

Konstytucja RP nakazuje władzom publicznym zapewnienie obywatelom równego dostępu do świadczeń finansowanych ze środków publicznych. Jeśli ma być tak, że to pacjent znajduje się w centrum uwagi rządu, jak zadeklarował wczoraj premier Tusk, to ten konstytucyjny przepis musi być traktowany jako żelazna zasada postępowania.

"Państwo nie jest pracodawcą dla lekarzy, ale to nie zwalnia go z odpowiedzialności za sytuację w szpitalach" - mówi prof. Mirosław Nesterowicz, cywilista, specjalista prawa medycznego. "Politycy złożyli lekarzom obietnice godziwych zarobków, a teraz zwalają całą odpowiedzialność na szpitale" - dodaje. Bezpieczeństwo zdrowotne obywateli ma się znaleźć w rękach dyrektorów. Ci walczą o pieniądze. Muszą sfinansować obsadę dyżurów, ale czekają ich także ostre negocjacje podwyżek dla lekarzy. Bez pomocy rządu nie dadzą rady.

Do tej pory aż w połowie województw dyrektorzy nie porozumieli się jeszcze z NFZ. Negocjacje są najtrudniejsze w tych placówkach, do których w przyszłym roku trafią najmniejsze pieniądze. "Wierzę w odpowiedzialność lekarzy i w determinację dyrektorów" - mówiła podczas czwartkowego brifingu minister Kopacz.

Dyrektorzy są zdeterminowani, ale twierdzą, że nie otrzymali żadnych dodatkowych pieniędzy.System działa siłą rozpędu, ale przez pierwsze trzy miesiące 2008 roku możliwości opłacania dyżurów i negocjowania podwyżek wyczerpią się. Dlaczego? Zwiększenie wyceny za usługi medyczne o ok. 10 proc. spowodowało, że NFZ płaci co prawda więcej, ale często za mniejszą liczbę usług - więc bilans wychodzi na zero. Proszący nas o anonimowość urzędnik NFZ przyznaje, że podwyżki są iluzoryczne. "W systemie jest tyle samo pieniędzy, ile było dotychczas. Nic nie przybyło" - informuje.

Paweł Chęciński, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Dziecięcego przy ul. Niekłańskiej w Warszawie, w rozmowie z DZIENNIKIEM nie kryje zdenerwowania. "Jest dramatycznie źle" - mówi. Obsługująca 150 tys. dzieci placówka nie podpisała jeszcze umowy z NFZ. Fundusz podniósł im stawki za świadczenia, ale nie zwiększył wartości samego kontraktu. "A to oznacza, że będziemy przeprowadzać mniej zabiegów" - wyjaśnia Chęciński.

W szpitalu klinicznym im. Orłowskiego w Warszawie nie zmniejszono liczby kontraktowanych świadczeń. Ale to niczego nie rozwiązuje. "Przedtem płacono 11 zł za punkt rozliczeniowy" - mówi DZIENNIKOWI dyrektor Jan Czeczot. Teraz to jest średnio 12 zł. Więc podwyżka jest 10-procentowa. Na co ma wystarczyć? Po ostatnim proteście dyrekcja dała podwyżki tylko najmniej zarabiającym. Teraz musi to nadrobić - w przeciwnym razie szpital czeka kolejny ostry protest. Efekt? "W marcu może się to skończyć niepłaceniem dostawcom za faktury" - mówi dyrektor Czeczot. A to oznacza nakręcanie kolejnej spirali zadłużenia i niewydolność całego systemu.

Rząd musi przestać udawać, że problem go nie dotyczy. Konieczne jest podjęcie strategicznej decyzji: albo wzmocnienie publicznej służby zdrowia, np. przez podniesienie składki i doprowadzenie do tego, że będziemy na nią przeznaczać 6 proc. PKB, tak choćby jak Czesi i Węgrzy, albo całkowita deregulacja i prywatyzacja.


Ciekawe, czy istnieje szansa, że ten rząd przestanie cokolwiek udawać...

czwartek, 27 grudnia 2007

Kolejne koncesje i droższe papierosy

Po świątecznej przerwie wracamy z informacją, która raczej nie ucieszy zarówno zwolenników liberalizacji gospodarki, jak i palaczy, których zapewne nie brakowało wśród elektoratu PO. Pod pretekstem skuteczniejszej walki z paleniem wśród niepełnoletnich poseł PO pracuje nad projektem ustawy, wprowadzającej koncesje na handel papierosami na zasadach podobnych do tych, które muszą sopełniać sprzedający alkohol. A gdzie koncesje, tam zawsze pole do nadużyć, korupcji i urzędniczego widzimisię. Onet.pl za Życiem Warszawy:

Będą pozwolenia na handel papierosami

Niewykluczone - pisze "Życie Warszawy" - że już wkrótce sklepy, restauracje i puby będą musiały starać się nie tylko o koncesję na sprzedaż alkoholu, ale i papierosów. Nad projektem ustawy pracuje już poseł PO Michał Szczerba.
"W Polsce coraz więcej młodych osób zaczyna palić papierosy, sięgają po nie już 10- i 12-latki. Duże ilości tytoniu trafiają także na nasz rynek z przemytu i są nielegalnie sprzedawane w lokalach" - tłumaczy Szczerba.

Dodaje, że podobne rozwiązanie wprowadzono w USA. Przepisy pomogły tam uregulować kwestię obrotu papierosami. Za sprzedaż tytoniu dzieciom lokale m.in. tracą koncesje. A to uderza w budżet właścicieli sklepów. Szczerba proponuje, by - tak jak przy zezwoleniu na sprzedaż alkoholu - właściciel sklepu albo baru występował o pozwolenie do wójta, burmistrza lub prezydenta miasta, na którego terenie prowadzi działalność gospodarczą. Po otrzymaniu zgody przedsiębiorca będzie musiał kupować papierosy wyłącznie w koncesjonowanych hurtowniach.

Za złamanie przepisów ustawy sprzedawcy groziłyby kary. Jakie? Gazeta przypuszcza, że będą one podobne do tych dotyczących osób sprzedających alkohol nieletnim, czyli utrata koncesji, mandat do 500 zł lub grzywna do 5 tys. zł. Są już tacy, którym pomysł posła bardzo się podoba.

"Często słyszymy od strażników miejskich, jak trudno udowodnić, że ktoś sprzedał papierosy dziecku. Wprowadzenie koncesji może być straszakiem. Sprzedawcy będą się obawiali utraty zezwolenia" - mówi Andrzej Godlewski, koordynator Programu Odpowiedzialnej Sprzedaży STOP18!

Protestują za to sprzedawcy. "Wprowadzenie koncesji obciąży portfele klientów. Jeśli dojdą nam nowe opłaty, podniesiemy ceny" - mówi Małgorzata Gołaczewska, kierownik sklepu monopolowego przy ul. Łabiszyńskiej.

Pozwolenie na sprzedaż alkoholu kosztuje od 525 do 2100 zł. Sprzedawcy wnoszą też opłaty, które są proporcjonalne do ilości sprzedanych trunków, np. 3 proc. od obrotu w przypadku zezwoleń na sprzedaż napojów o zawartości alkoholu powyżej 18 proc. Te koszty przerzucane są na klientów. "Życie Warszawy" pisze, że jeszcze nie wiadomo, ile miałaby kosztować koncesja na sprzedaż papierosów.

Warto pamiętać, ze stoi to w sprzeczności z obietnicami PO z kampanii wyborczej. W "Zobowiązaniach Platformy Obywatelskiej" czytamy bowiem: "Platforma zamierza skrócić czas potrzebny do założenia firmy, zmniejszyć liczbę zezwoleń i koncesji, obniżyć opłaty związane z rozpoczęciem działalności, zmniejszyć liczbę kontroli."

czwartek, 20 grudnia 2007

Czym się media nie zajmują, czyli spotkanie opłatkowe w PZU w erze miłości

(pw)
Informację poniższą znalazłem przypadkowo. Próżno jej szukać na stronach głównych największych portali i czołówkach gazet. Zauważenie tego tekstu na gospodarczych stronach papierowego wydania "G.W." pozwoliło mi na znalezienie jego wersji elektronicznej:

Wraca stare w PZU

Renata Grochal
2007-12-20, ostatnia aktualizacja 2007-12-19 20:14
Pierwsze decyzje kadrowe nowego prezesa PZU. Andrzej Klesyk odwołał we wtorek szefów warszawskiego i szczecińskiego oddziału spółki

Nowy prezes zaprosił menedżerów spółki i dyrektorów dziewięciu oddziałów okręgowych na świąteczne spotkanie we wtorek. W przerwie zebrał się zarząd, który odwołał dyrektorów dwóch oddziałów - szczecińskiego i warszawskiego.

- Gdy my robiliśmy zmiany kadrowe, media mówiły o czystkach i zawłaszczaniu państwa - mówił wczoraj szczeciński poseł PiS i sekretarz generalny partii Joachim Brudziński. - Gdy PO robi polityczną rzeź w ZUS, a teraz w PZU, dziennikarze milczą. Zwalnianie kogoś na spotkaniu opłatkowym świadczy o fatalnym stylu ekipy PO.

Byłemu ministrowi skarbu z PiS zdarzało się zwalniać faksem lub telefonicznie.

- Może świąteczne spotkanie nie było najlepszym momentem na odwoływanie dyrektorów i mogłem poczekać dwa tygodnie, ale nie miałem czasu, żeby czekać - mówi "Gazecie" Andrzej Klesyk. - Dwaj odwołani dyrektorzy nie zostali zwolnieni, mam nadzieję dalej z nimi współpracować. Przywróciłem na stanowiska osoby odwołane przez prezesa Jaromira Netzla, bo miały lepsze kompetencje. Miałem do nich większe zaufanie.

Nieoficjalnie wiadomo, że obaj szefowie oddziałów PZU walczyli o przywrócenie do pracy w sądzie. Według prawników spółki PZU groziła przegrana i wysokie odszkodowania dla zwolnionych szefów. Nowy zarząd wolał więc przywrócić ich do pracy.

Minister skarbu powołał Andrzeja Klesyka na szefa PZU w piątek. Nowy prezes zapowiedział, że jednym z jego priorytetów będzie odbudowanie kadry menedżerskiej w spółce. Ponad 20 dyrektorów odeszło z centrali firmy za czasów powołanego pod rządami PiS prezesa Jaromira Netzla. Klesyk chce zatrudnić około 150 menedżerów.

Minister Ćwiąkalski nie traci czasu

(pw) Podczas gdy Ćwiąkalski zwołuje nudną jak flaki z olejem konferencję prasową, pod spodem dzieją się bardzo ciekawe i bardzo niepokojące rzeczy. Wkrótce na gmachu warszawskiego sądu słowa "Niech prawo zawsze prawo znaczy.." zastąpi hasło "Zły to ptak, co własne gniado kala". Rzeczpspolita i TVN24/Nasz dziennik:

Odsuną śledczych ścigających sędziów?

Cezary Gmyz 20-12-2007, ostatnia aktualizacja 20-12-2007 07:55

Prokuratorom będącym o krok przed postawieniem przed sądem sprawców największej afery w polskim sądownictwie grozi odsunięcie od śledztwa. Dziś sąd pozbawił immunitetu jednego z kluczowych sędziów podejrzanych w tej aferze.

autor zdjęcia: Marian Zubrzycki
źródło: Fotorzepa

Miłosz B., sędzia sądu okręgowego w Bielsku-Białej straci immunitet - poinformowała „Rz” rzeczniczka warszawskiego Sądu Apelacyjnego Barbara Trębska. Sędzia jest podejrzany o to, że za 20 tysięcy łapówki nie zgodził się na areszt dla jednego z najgroźniejszych polskich mafiosów Ryszarda Niemczyka ps. Rzeźnik. To największa do tej pory afera wykryta w polskim wymiarze sprawiedliwości. Tymczasem prokuratorom, którzy ją wykryli grozi odsunięcie od tego śledztwa i przesunięcie na podrzędne stanowiska.

Pośrednikiem przy wręczaniu łapówki od Niemczyka był inny sędzia Grzegorz W. Immunitety straciło już dwóch sędziów. Kolejne wnioski w sprawie dwóch innych sędziów czekają na rozpatrzenie.

Grzegorz W. w tej sprawie ma status tzw. małego świadka koronnego. Po przedstawieniu mu dowodów poszedł na współpracę z prokuraturą. W zamian za łagodniejszy wymiar kary zgodził się opowiedzieć o korupcji w bielskim wymiarze prokuratury. Jego zeznania były tak porażające, że prokuratorzy zaczęli podejrzewać, że mają do czynienia ze zorganizowaną grupą przestępczą w togach. Podejrzani usiłowali podważyć jego wiarygodność rozpuszczając pogłoski, że jest on psychicznie chory. Jednak nic takiego w toku postępowania nie dowiedziono.

W toku postępowania okazało się, że prokuratorzy muszą przyjrzeć się nie tylko sędziom ale i swoi kolegom nierzadko pracującym biurko w biurko. Dwóch z nich odsunięto od śledztw i zajmuje się nimi prokuratura katowicka.

Warszawski sąd uznał co prawda, że zarzut działania w zorganizowanej grupie przestępczej będzie trudny do obronienia. Nie miał miał jednak wątpliwości oceniając zarzut korupcji za bardzo prawdopodobny.

Do wręczenia łapówki Miłoszowi B przez Grzegorza W. miało dojść 19 stycznia 200 roku. Jednak prokuratorzy uważają, że na czele przesyępczego układu w bielskim sądzie stał wieloletni przewodniczący Wydziału Karnego Jarosław G. Śledczy, kiedy tylko sąd uchyli mu immunitet zamierzają postawić mu aż 19 zarzutów korupcyjnych. On również w zamian za łapówki miał przyczynić się do tego, że Niemczyk tak długo mógł przebywać na wolności. Dwukrotnie uchylił mu bowiem areszt i wycofał listy gończe za bandytą. Sędzia miał przyjąć (m.in. od prokuratorów działających na rzecz bandytów)) nie tylko 30 tysięcy złotych ale również karnet do agencji towarzyskiej. Właścicielką tej agencji była matka Niemczyka, karnet obejmował darmowe usługi seksualne oraz drinki. Kiedy udało się Niemczyka wreszcie zamknąć nie siedział długo. Zbiegł on w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach z więzienia w Wadowicach, które leżą zresztą niespełna 40 km od Bielska-Białej. Schwytano go dopiero po pięciu latach. W marcu br. Został skazany za udział w zabójstwie Andrzeja Kolikowskiego ps. Pershing. W chwili obecnej trwa kolejny proces Niemczyka.

Prokuratura czeka na uchylenie immunitetów jeszcze dwóm sędziom Krzysztofowi F. i Jarosławowi S. Ich również śledczy podejrzewają o korupcję.

Nie jest jednak pewne czy prokuratorzy, którzy prowadzili śledztwa doczekają na stanowiskach końca postępowania. Szefowa katowickiej apelacji przesuwa bowiem najlepszych śledczych na podrzędne stanowiska. Taki los spotkał już szefową bielskiej prokuratury okręgowej Małgorzatę Bednarek. Nowa szefowa katowickiej apelacji już zapowiedziała, że Badnarek straci stanowisko. – Argumenty, jakie mi przedstawiono, mające przemawiać za moim odwołaniem, zmroziły mnie. Dowiedziałam się, że obciąża mnie to, iż poinformowałam opinię publiczną o sprawie korupcji w bielskim wymiarze sprawiedliwości – mówiła we wtorek „Rz”. W środę odmówiła informacji na temat sytuacji w bielskiej prokuratorze. Z kręgów zbliżonych do prokuratury apelacyjnej w Katowicach uzyskaliśmy jednak informację, że bielscy prokuratorzy badający sprawę korupcji wśród sędziów spodziewają się przesunięcia na podrzędne stanowiska. – Jest wysoce prawdopodobne, że śledztwo w ogóle zostanie zabrane z Bielska-Białej – mówi „Rz” nasz informator.

– Zmiany kadrowe w prokuraturach to nie czystki, o dymisjach i nominacjach decydują umiejętności, a nie poglądy polityczne prokuratorów - mówił w środę w Sejmie zastępca prokuratora generalnego Marek Staszak pytany przez posłów PiS o odsunięcia od pracy śledczej.

Źródło : Rzeczpospolita


06:55, 20.12.2007 /"Nasz Dziennik"

Ćwiąkalski w "Trójkącie Buchacza"

"NASZ DZIENNIK": PO NOMINACJI MINISTRA ODSUNIĘTO PROKURATORA PROWADZĄCEGO SPRAWĘ
Ćwiakalski i fałszywe weksle
PAP/Paweł Supernak
Warszawska prokuratura od ponad trzech lat prowadzi śledztwo w związku z podejrzeniem sfałszowania weksli klientów ministra sprawiedliwości. Po nominacji Zbigniewa Ćwiąkalskiego na szefa resortu, od sprawy odsunięto prowadzącego ją prokuratora - donosi "Nasz Dziennik".
W maju Zbigniew Ćwiąkalski, obecny minister sprawiedliwości, reprezentujący wówczas firmę Elzamet Sp. z o.o., pozwał należącą do Skarbu Państwa Międzynarodową Korporację Gwarancyjną, domagając się wypłaty 10 mln złotych - pisze "Nasz Dziennik". Podstawą dokonania płatności, której żądał Ćwiąkalski, były roszczenia wekslowe wystawione pierwotnie na Fundusz Poręczeń Inwestycyjno-Eksportowych, indosowane ostatecznie na rzecz Krajowego Samorządu Pożyczkowego "Karbona".

Od 2004 r. warszawska prokuratura w związku z podejrzeniem sfałszowania weksli prowadzi w tej sprawie śledztwo obejmujące klientów ministra. Przed dwoma tygodniami, krótko po nominacji Ćwiąkalskiego na szefa resortu, od sprawy "Trójkąta Buchacza" odsunięto prowadzącego ją prokuratora.

"Trójkąt Buchacza"

Sprawa "Trójkąta Buchacza" to jedna z największych afer gospodarczych. W 1994 r. minister współpracy gospodarczej z zagranicą Jacek Buchacz powołał Agencję Rozwoju Gospodarczego - jednoosobową spółkę Skarbu Państwa, używającą później nazwy Polski Fundusz Gwarancyjny SA, w 1995 r. zaś Polską Korporację Eksportową SA, przemianowaną następnie na Międzynarodową Korporację Gwarancyjną SA. PFG SA zaś w 1996 r. powołał Chemię Polską Sp. z o.o.

Ostatecznie do tych trzech spółek niezgodnie z prawem wniesiono majątek Skarbu Państwa wart ok. 545 mln złotych - pisze dziennik. Każda z tych firm była większościowym udziałowcem następnej jednostki, posiadając jednocześnie jako większościowego udziałowca jednostkę poprzednią. A to oznaczało, że Skarb Państwa, choć był jedynym dawcą kapitału tych spółek, stracił nad nimi kontrolę.

W 2002 r. okazało się, że majątek państwowych spółek zagrożony jest roszczeniami z tytułu rzekomych zobowiązań wekslowych sięgających kwoty około 100 mln złotych. Według "Dziennika" wśród firm, jakie ubiegały się o wpłatę pieniędzy, były m.in. Invest Holding, Krajowy Samorząd Pożyczkowy "Karbona" (którego pierwszym prezesem zarządu był Waldemar Pawlak, dziś wicepremier w rządzie Donalda Tuska) oraz firma Elzamet Sp. z o.o. Pełnomocnikiem prawnym do dochodzenia roszczeń we wszystkich tych spółkach był adwokat, obecny minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski.

Po nominacji ministra zmienił się prokurator

Od 2004 r. Prokuratura Okręgowa w Warszawie prowadzi śledztwo w sprawie podejrzenia sfałszowania weksli i próby wyłudzenia na ich podstawie znacznych kwot. Szczególnym zainteresowaniem śledczych objęte zostały weksle, jakimi posługiwała się najpierw Karbona, a następnie firma Elzamet z Piekar Śląskich, której pełnomocnikiem był Zbigniew Ćwiąkalski.

Jednak, według gazety, prokuratorskie postępowanie dotyczące tej sprawy przed dwoma tygodniami zostało praktycznie sparaliżowane. Krótko po nominacji Ćwiąkalskiego na stanowisko ministra sprawiedliwości od śledztwa odsunięty został prowadzący je prokurator. Wyznaczenie innego prokuratora do prowadzenia śledztwa w sprawie gospodarczej trwającej już ponad trzy lata oznacza konieczność zapoznania się przez niego z kilkaset tomami akt - a więc paraliż prac na co najmniej kilka miesięcy.

"Wyprowadzenia majątku ze spółek Skarbu Państwa?

- Operacje związane z wystawieniem i przenoszeniem przedmiotowych weksli mogą mieć charakter pozorny i w praktyce zmierzać do pozbawionego podstaw i nieuzasadnionego ekonomicznie wyprowadzenia majątku ze spółek Skarbu Państwa - twierdzi informator gazety związany z Ministerstwem Skarbu Państwa. Jego zdaniem, na taki fakt mogą wskazywać personalne związki spółek - w organach tak FPIE, jak i Karbony oraz Invest-Holdingu pojawiało się nazwisko Henryka Mateckiego.

niedziela, 16 grudnia 2007

Wyskok Czumy, czy balon próbny?

(pw)Jutrzejszy "Wprost" donosi o zaskakującym (czy aby na pewno?) pomyśle Andrzeja Czumy, który chce dość radykalnie ograniczyć lustrację i dostęp do akt IPN.

Poseł PO zamyka IPN dla dziennikarzy

2007-12-16 16:00
Radykalne zawężenie kręgu osób lustrowanych oraz zamknięcie archiwów IPN dla dziennikarzy i naukowców. Jak ustalił „Wprost”, w ten sposób ustawę lustracyjną chce znowelizować poseł Platformy Obywatelskiej Andrzej Czuma.
– Chcę wnieść odpowiedni projekt w tej sprawie – potwierdza Czuma w rozmowie z „Wprost". Jego zdaniem, zmiany w ustawie lustracyjnej, których dokonał PiS, były „niezgodne z zasadami cywilizacji". – Żadna instytucja nie jest w stanie zweryfikować oświadczeń lustracyjnych kandydatów na 450 tysięcy stanowisk. Dlatego lustracja powinna być ograniczona do maksimum 10 tysięcy osób piastujących najważniejsze funkcje w państwie – dodaje.

Czuma uważa, że dostęp do teczek tylko tych osób powinien być otwarty. Reszta ma być tajna. – Nie wyobrażam sobie, by dziennikarze i naukowcy mogli, tak jak to jest obecnie, przeglądać wszystkie akta IPN. To niezgodne z zasadą ochrony prywatności – mówi.

Zaskoczony pomysłami posła Czumy jest szef klubu parlamentarnego PO Zbigniew Chlebowski. – Nadal jesteśmy za pełnym dostępem do archiwów IPN – zapewnia Chlebowski.

O sprawie także w najbliższym, świątecznym wydaniu tygodnika „Wprost", w sprzedaży od poniedziałku, 17 grudnia

PO w poprzedniej kadencji sejmu "salonowi" naraziła się wsopółpracą z PiS w dwóch sprawach - likwidacji WSI i lustracji. Ludzie WSI wracają na ważne stanowiska zwaiązane z bezpieczeństwem państwa, o czym staramy sie pisac na bieżąco. Nie dziwi więc, że i w sprawie lustracji działacze PO mogą zechcieć naprawić swój "błąd"

Na ten sam temat:
http://kataryna.salon24.pl/52301,index.html
http://budyn78.salon24.pl/52312,index.html

Pociski miłości trafiają w stopy

(pw)
Rozkochana ekipa nie pozwala nam na chwilę nudy. Jak podaje Dziennik.pl:

PiS: To my załatwiliśmy odszkodowania dla ofiar Grudnia '70

Premier o tym nie wiedział? Czy może celowo zapomniał? - takie pytanie PiS stawia Donaldowi Tuskowi, który wczoraj obiecał odszkodowania dla ofiar Grudnia '70. Politycy PiS podkreślają, że o rekompensaty można się starać już dziś. Dzięki nam, premier nie ma tu żadnych zasług - podkreślają.

Nie trzeba żadnych dodatkowych przepisów, bo jest już ustawa o odszkodowaniach dla ofiar Grudnia'70 - mówił na konferencji prasowej poseł Jacek Kurski z PiS. Tłumaczył, że ustawę o odszkodowaniach dla prześladowanych w latach 1944-1989 w związku z działalnością na rzecz niepodległości Polski, Sejm uchwalił w 2006 roku, a przepisy obowiązują od listopada. Według parlamentarzystów PiS, ofiary komunistycznej zbrodni mogą dostać aż 25 tys. zł.

Przemysław Gosiewski z kolei obiecał, że PiS pomoże w staraniach o odszkodowanie. Wystarczy zgłosić się do jednego z biur partii w całym kraju - tłumaczył na konferencji prasowej.

"Apel do Donalda Tuska: mniej PR, mniej robienia sobie punktów medialnych i politycznych nad grobami i mogiłami ofiar Grudnia '70 i uczuciami ich bliskich w dniu takiej rocznicy" - grzmiał Kurski.

Premier zapowiedział w sobotę zadośćuczynienie dla ofiar Grudnia '70. "Biorę osobistą odpowiedzialność za to, by w ciągu najbliższych kilku, może kilkunastu tygodni sprawę ostatecznie rozwiązać" - mówił Tusk wczoraj na konferencji historycznej "Grudzień '70 - Pamiętamy".



sobota, 15 grudnia 2007

Gospodarskie wizyty Axla

(pw)
Niedawno naczelnym "Faktu" na jeden dzień został "sam premier". Dzisiejszy "Dziennik.pl" przekonuje, że mamy do czynienia z (nie)nową świecką tradycją.

Politycy na nocnym patrolu

Ministrowie podpadli policjantom

To dopiero był patrol. Szef MSWiA Grzegorz Schetyna i twórca Centralnego Biura Śledczego Adam Rapacki razem z dzienikarzami "Faktu” sprawdzali, czy w Warszawie jest bezpiecznie. I okazało się, że policjanci pracują wyjątkowo sumiennie. Wylegitymowali nawet Rapackiego, zastępcę ministra spraw wewnętrznych i administracji.





Warszawa. Godzina 23.00. Do hali głównej Dworca Centralnego, czyli jednego z najniebezpieczniejszych miejsc w mieście, wchodzą Schetyna i Rapacki. Przechodzą tuż obok bezdomnych, żebraków i pijaczków, których nie sposób ominąć na dworcu.

"Musi być więcej noclegowni. I widoczne patrol" - mówią. Gdy schodzą na peron po drodze zaczepiają patrol policji. "Którędy na ul. Brzeską?" - pyta minister Rapacki. I czeka na reakcje. Policjantka nie ma pojęcia z kim rozmawia. Gdy już chce odpowiadać zauważa fotoreportera, który robi jej zdjęcia. Po chwili przesłuchuje i legitymuje Adama Rapackiego. Nie może uwierzyć, że na dworcu pojawili się wicepremier i wiceministrem, pisze "Fakt"

Potem Schetyna z Rapackim idą dalej. Wchodzą na peron, chodzą po podziemnych korytarzach przy dworcu i okolicznych ciemnych ulicach. Co chwilę rzucają pomysłami. " W Polsce będzie bezpieczniej" - obiecują czytelnikom "Faktu".

(źródło)


Wygląda na to, że "era miłości" przyjmuje nieco zaskakujące, chociaż dobrze znane, formy...






środa, 12 grudnia 2007

Rzeczpospolita.pl: PO chce komisji śledczej do spraw politycznych nacisków na służby

(pw)
ika, nat 12-12-2007, ostatnia aktualizacja 12-12-2007 18:01

PO złożyła w Sejmie projekt uchwały w sprawie powołania sejmowej komisji śledczej do zbadania okoliczności "politycznych nacisków" na służby.

Komisja miałaby zbadać nielegalne wywieranie wpływów m.in. przez członków Rady Ministrów, szefów ABW i CBA oraz komendanta głównego policji na podległych im funkcjonariuszy w celu wymuszenia przekroczenia uprawnień.

"Chcemy spełnić dziś obietnicę, wyjaśnić ewentualne okoliczności politycznych nacisków na takie instytucje jak policja, prokuratura, CBA czy ABW" - oświadczył szef klubu PO Zbigniew Chlebowski.

Platforma chce, aby komisja została powołana jak najszybciej, rozpoczęła pracę w styczniu i działała w 7-osobowym składzie. PO mają w niej reprezentować Sebastian Karpiniuk, Stanisław Chmielewski i Andrzej Czuma (który - jak chce PO - miałby zostać szefem komisji.

Chlebowski przedstawiając projekt uchwały, mówił o pojawianiu się "bardzo poważnych zarzutów" formułowanych pod adresem służb specjalnych.

Karpiniuk zaznaczył zaś, że komisja ta błędnie nazywana jest w mediach komisją ds. CBA. "Ja bym tę komisję dzisiaj nazwał trochę inaczej, trochę szerzej. Ja bym nawiązał do słów prezesa Jarosława Kaczyńskiego i nazwał tę komisję 'komisją do spraw restauracji prawa i sprawiedliwości w najjaśniejszej Rzeczypospolitej'" - mówił Karpiniuk.

Politycy PO przyznali, że zakres pracy komisji jest szeroki i pojawiły się wątpliwości, czy z tego powodu uchwała powołująca komisję nie zostanie zaskarżona do Trybunału Konstytucyjnego. Zapewnili, że PO jest gotowa bronić obecnego kształtu uchwały przed Trybunałem. Dopytywani, nie doprecyzowali, skąd spodziewają się zaskarżenia uchwały.

Karpiniuk zaznaczył, że przygotowując projekt uchwały powołującej komisję posłowie PO opierali się na orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego dotyczącego tzw. komisji bankowej. We wrześniu zeszłego roku TK zakwestionował uchwałę powołującą tę komisję właśnie ze względu na zbyt szeroki zakres jej prac.

Komisja, której powołania chce PO, ma wyjaśnić sprawę "nielegalnych nacisków" - mówił Karpiniuk.

Wśród przejawów tych nacisków wymienił działania CBA, ABW i policji w związku z podejrzeniami korupcji w ministerstwie rolnictwa (chodzi też o rzekomy przeciek o akcji CBA) oraz w ministerstwie sportu oraz Centralnym Ośrodku Sportu (były minister sportu Tomasz Lipiec w rządzie PiS jest podejrzany o korupcję, według mediów jego zatrzymanie zostało opóźnione ze względu na wybory parlamentarne).

Komisja miałaby też zbadać postępowania wobec byłego szefa policji Konrada Kornatowskiego i byłego szefa MSWiA Janusza Kaczmarka (w związku ze sprawą przecieku o akcji CBA w resorcie rolnictwa).

Posłowie mieliby się również zająć sprawą byłej posłanki PO Beaty Sawickiej (która jest podejrzana o podżeganie i nakłanianie do korupcji oraz płatnej protekcji, przyjęcie korzyści majątkowej i powoływanie się na wpływy w organach władzy, sama uważa jednak, że operacja wobec niej była "ukartowaną grą").

Ponadto komisja zajęłaby się doniesieniami o podsłuchach wobec byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza oraz dziennikarzy "Dziennika" i "Gazety Wyborczej". Miałaby też wyjaśnić, czy wpływano na decyzje prokuratorów prowadzących postępowanie w sprawie ustalenia odpowiedzialności karnej lekarzy za śmierć ojca ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

Chlebowski odniósł się do konferencji prasowej szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego Mariusza Kamińskiego, który powiedział w środę, że złożył prywatny akt oskarżenia przeciw Julii Piterze - sekretarzowi stanu w Kancelarii Premiera - za zniesławienie go. Kamiński złożył też pozwy do sądu przeciw niej za naruszanie jego dóbr osobistych.

Kamiński powiedział też, że raport z działalności CBA, który dla premiera ma przygotować Pitera, będzie "bardziej świadectwem stanu jej emocji i oczekiwań, niż rzetelnym źródłem wiedzy na temat działalności CBA".

Chlebowski podkreślił, że raporty Pitery mają pomóc premierowi, ale to Donald Tusk osobiście będzie decydował o funkcjonowaniu CBA. "Mam nadzieję, że premier bardzo szybko w tej sprawie będzie podejmował decyzje" - dodał.

W ocenie szefa klubu PO, w dobrze pojętym interesie Kamińskiego jest, aby jak najszybciej rozpoczęła prace komisja śledcza. "Bez wątpienia pan Mariusz Kamiński jest jednym z tych, którzy przed tą komisją będą musieli stanąć" - zaznaczył.

Chlebowski powiedział też, że nie widzi potrzeby, aby w Sejmie działało więcej komisji niż dwie: ta do wyjaśniania nacisków politycznych oraz druga - do wyjaśnienia okoliczności śmierci Barbary Blidy.

(źródło)

Zastanawiające, że podobno w świetle wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie zakresu kompetencji parlamentarnych komisji śledczych, sprawa afery węglowej zbyt rozszerzałaby przedmiot pracy planowanej komisji ds. śmierci Barbary Blidy. Powyższego proponowanego zakresu, jak dotąd, nikt nie skrytykował w ten sposób...

wtorek, 11 grudnia 2007

Podróże i marne perspektywy - ciąg dalszy

(pw) Donaldowi Tuskowi zgodnie z tym, na co zanosiło się już rano, podróż do Niemiec się zdecydowanie nie udała. Dziennik:

Niemcy postawili na swoim

Potrójna porażka Tuska w Niemczech

DZIENNIK pisze o potrójnej porażce premiera Donalda Tuska, który odwiedził wczoraj kanclerz Angelę Merkel. Wiadomo już, że rząd RFN nie zrezygnuje z projektu budowy w Berlinie ośrodka upamiętniającego wysiedlonych Niemców. Nie weźmie na siebie ewentualnych roszczeń wysiedlonych z terenów obecnej Polski. W końcu RFN nie odstąpi też od budowy Gazociągu Północnego po dnie Bałtyku. Mało tego, Polska nie włączy się w to przedsięwzięcie - pisze DZIENNIK.

czytaj dalej...
REKLAMA

W czasie półtoragodzinnego spotkania Tusk i Merkel nie szczędzili sobie ciepłych słów i zapewnień o przyjaźni - ale wszystko zostaje po staremu. A polska ofensywa polityczna oferująca w kilku sprawach znaczne ustępstwa odbija się od muru niemieckiej dyplomacji.

Zawód jest spory, bo Tusk jechał do Berlina z wielkimi nadziejami na przełom, zwłaszcza w sprawie wysiedlonych Niemców. Proponował, by ich historię upamiętnić w ramach muzeum II wojny światowej w Gdańsku.

Przygotowując grunt, udzielił wywiadu prestiżowej gazecie "Frankfurter Allgemeine Zeitung", przesłał też pozdrowienia czytelnikom popularnego "Bilda". "Jest nie do pomyślenia, aby Polska zaakceptowała rozwiązania, które kwestionują bilans historyczny II wojny światowej" - przekonywał Niemców jeszcze wczoraj na łamach dziennika.

Ale kanclerz Merkel była nieugięta. "O muzeum w Gdańsku możemy rozmawiać, ale nie jako alternatywie, a uzupełnieniu niemieckiego projektu" - mówiła, zasłaniając się umową koalicyjną partii tworzących jej rząd. Co więcej, Merkel nie obiecała też Tuskowi, że w tym projekcie nie weźmie udziału nastawiona antypolsko przewodnicząca Związku Wypędzonych Erika Steinbach.

Kanclerz obiecała jedynie że "widoczny znak" zostanie pomyślany w taki sposób, aby nie relatywizować historii. Donald Tusk komentował, że nie wie, jaki będzie ostateczny kształt tego przedsięwzięcia. "Nie dowiedziałem się niczego konkretnego, na razie są słowa, a nie fakty" - mówił polski premier.

Polska ekipa musi bowiem zmierzyć się także z innym "nie" niemieckiej kanclerz. Bo choć Merkel wyraźnie stwierdziła, że niemiecki rząd nie widzi żadnego uzasadnienia dla roszczeń wysiedleńców wobec naszego kraju, to nie zadeklarowała w tej sprawie kolejnego kroku - przejęcia przez rząd niemiecki odpowiedzialności finansowej, gdyby jednak sądy uznały te roszczenia.

Bez zmian było także stanowisko kanclerz Merkel w sprawie Gazociągu Północnego. Prace będą kontynuowane. Nie ma także już szans na włączenie się w tę inwestycję polskiej strony. "Nie jesteśmy tym zainteresowani, bo ten gaz będzie za drogi" - oceniał wicepremier Waldemar Pawlak. Ale Tusk nie traci jednak nadziei na zmianę niemieckiego stanowiska: "Chcemy przekonać Niemców, że gazociąg przechodzący przez Polskę jest bardziej racjonalny ekonomicznie" - mówił reporterowi DZIENNIKA.

Niemieckie stanowisko w kluczowych dla Polski kwestiach pozostaje więc takie samo jak przez ostatnie lata. Zmieniła się tylko atmosfera. Obaj przywódcy każdym gestem chcieli wczoraj przekonać, że czas napięć między Polską i Odrą mamy już za sobą. "Między przyjaciółmi nie ma tematów tabu" - mówił z figlarnym uśmiechem polski przywódca. A Merkel przed przyjazdem kolumny samochodów z polskim premierem wyszła przed budynek kancelarii federalnej, aby sprawdzić, czy kompania honorowa jest w pełnym ordynku. Gdy się okazało, że polski premier nie bardzo wie, w którą stronę się zwrócić, delikatnymi ruchami ręki dawała mu wskazówki.

Strajk kolejarzy

Pociągiem nie dojedziesz na Wigilię

Dwa dni przed Wigilią staną pociągi, a dworce kolejowe będą oflagowane. Maszyniści, konduktorzy i dyżurni ruchu zapowiedzieli na 22 grudnia strajk generalny na PKP. Kolejarze chcą 50-procentowych podwyżek i straszą, że jak ich nie dostaną, ludzie będą mieli problemy z dojechaniem przed świętami do swoich rodzin - pisze "Fakt".

"Fakt" twierdzi, że podróżowanie przed świętami może być prawdziwą udręką. Jeśli ludzie nie załatwią sobie awaryjnego środka lokomocji, mogą obudzić się z ręką w nocniku. Wszystko przez konflikt między związkowcami w PKP a zarządem tej firmy. Gazeta pisze, że negocjacje płacowe utknęły w martwym punkcie, a kolejarze nie zamierzają popuścić. Stawiają ultimatum - albo dostaną wyższe o 50 procent pensje, albo sparaliżują kraj przed świętami.

"Nie chcemy żadnej jałmużny, podwyżki nam się po prostu należą" - mówi na łamach "Faktu" Leszek Miętek, przewodniczący Związku Zawodowego Maszynistów w Polsce. Związkowcy rozmawiają o podwyżkach nie tylko z dyrekcją PKP, lecz także z władzami kraju.

Sytuacja jednak staje się powoli dramatyczna. Władze twierdzą bowiem, że podwyżki dla kolejarzy są nierealne. "Jeżeli spełnimy ich warunki, to PKP znów może się zadłużyć" - uważa Janusz Piechociński, poseł PSL z sejmowej komisji infrastruktury.



poniedziałek, 10 grudnia 2007

Podróże, powroty i marne perspektywy

(pw) Kilka dni przerwy w aktualizacji bloga niestety nie oznaczało, że nie działo się nic niepokojącego. Dziś o porażce planu Tuska, powrocie przyjaciela Rosji i groźbie pierwszych niepokojoów społecznych kadencji PO.

Sytuacja w polityce zagranicznej wskazuje, że ustępstw wciąż było za mało. Niemcy nie chcą włączać się do kampanii prezydenckiej Tuska. Dziennik.pl:


Centrum Wypędzonych ma być w Berlinie

Niemcy pokazują Tuskowi figę z makiem

Wyciągnięta ręka premiera będzie odrzucona? Rząd Niemiec obstaje przy planach stworzenia miejsca upamiętniającego wysiedlenia po II wojnie światowej właśnie w Berlinie. To reakcja na propozycję Donalda Tuska, który chce, żeby zamiast tego zbudować muzeum II wojny światowej i ulokować je w Gdańsku. Jutro polski premier jedzie do Berlina i wygląda na to, że rozmowy nie będą łatwe.

Forsowane przez Erikę Steinbach Centrum Przeciwko Wypędzeniom wywołało ostry sprzeciw Polski. Ale ideę tę poparł rząd Niemiec i nie zamierza się z niej wycofywać - poinformował przedstawiciel urzędu kanclerskiego.

DZIENNIK napisał, że Tusk ma inny pomysł na rozwiązanie problemu. Premier chce, by zamiast placówki upamiętniającej losy przesiedlonych i wypędzonych, zaprojektować muzeum II wojny światowej, które mogłoby powstać w Gdańsku. W projekcie uczestniczyłyby różne kraje, w tym Rosja i Izrael.

Jutro w Berlinie o swojej najnowszej inicjatywie Donald Tusk będzie rozmawiał z kanclerz Angelą Merkel. Ale stoi raczej na straconej pozycji.

Rzecznik niemieckiego rządu przypomniał, że już w 2005 roku w umowie koalicyjnej (CDU/CSU-SPD) uzgodniono powstanie w Berlinie "widocznego znaku" upamiętnienia wysiedleń, i że rząd federalny musi te ustalenia wypełnić.

Niemcy mówią, że jak ktoś chce, to może sobie utworzyć w dowolnym miejscu muzeum upamiętniające wojnę, ale oni ze swego rezygnować nie zamierzają.

Według planów, placówka ma mieć formę fundacji podporządkowanej Niemieckiemu Muzeum Historii w Berlinie, finansowanej z budżetu centralnego. Niezależnie od tego Steinbach promuje własny projekt Centrum Przeciwko Wypędzeniom, również w Berlinie.

Tymczasem w kraju trwa powrót fachowców do służb specjalnych. Tym razem wraca nominat Marka Belki - Andrzej Ananicz. Najważniejszy w poniższym materiale jest ostatni akapit.

Podobno zastąpi Zbigniewa Nowka

Ananicz będzie znowu szefem wywiadu?

Czarne chmury zebrały się nad głową Zbigniewa Nowka - obecnego szefa Agencji Wywiadu. "Rzeczpospolita" dowiedziała się nieoficjalnie, że Platforma Obywatelska chce zastąpić Nowka Andrzejem Ananiczem, który już kierował służbami specjalnymi za czasów rządu Marka Belki.

"Pozycja Nowka słabnie. Jego ludzie tracą stanowiska, wkrótce także on będzie zapewne odwołany" - twierdzi anonimowy informator gazety blisko związany z partią Donalda Tuska.

Wody w usta nabrał w tej sprawie poseł Platformy Marek Biernacki. A on powinien coś wiedzieć, bo zasiada w sejmowej komisji do spraw służb specjalnych. Jednak nawet jeśli wie, to nie ma najmniejszego zamiaru tego zdradzić.

Podobno ciosem dla aktualnego szefa Agencji Wywiadu Zbigniewa Nowka było przede wszystkim odejście Marka Wachnika, który na początku grudnia został odwołany z funkcji wiceszefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. A Wachnika - bliskiego Nowkowi - wyrzucił nowy szef ABW Krzysztof Bondaryk.

Andrzej Ananicz, który miałby zastąpić Nowka już kierował wywiadem w latach 2004-2005. Mianował go ówczesny premier Marek Belka z SLD.

Protestował przeciwko temu między innymi Zbigniew Wassermann z PiS. "Jako członek speckomisji negatywnie zaopiniowałem go na to stanowisko" - mówi. Ananicz pełnił bowiem funkcję przewodniczącego zespołu negocjacyjnego w sprawie polsko-rosyjskiego traktatu o przyjaznej i dobrosąsiedzkiej współpracy z 1992 roku. Podczas negocjacji zgodził się, aby na terenie dawnych baz Armii Radzieckiej w Polsce powstawały wspólne polsko-rosyjskie spółki. Według PiS taki zapis poważnie naruszał nasze bezpieczeństwo.



Wtorek, 11 grudnia 2007

Strajki sparaliżują Polskę przed świętami?

Premier Donald Tusk w kolejnych zagranicznych rozjazdach, a w kraju narastają protesty związków zawodowych. Jeszcze przed świętami strajk generalny mogą ogłosić kolejarze, którzy grożą zatrzymaniem pociągów, a w przyszłym tygodniu o formie protestu zadecydują nauczyciele ze Związku Nauczycielstwa Polskiego. Strajki rozważają też lekarze - czytamy w "Polsce".


Dziennik analizuje sygnały z poszczególnych grup pracowniczych, gdzie narasta niepokój. Pracownicy budżetówki szykują protesty, staną pociągi, kopalnie, szkoły i szpitale alarmuje gazeta. Górnicy z kopalń największej spółki - Kompanii Węglowej, zatrudniającej 63,5 tys. osób, przeprowadzili referendum w sprawie strajku.




W przyszłym tygodniu zbierze się także zarząd główny Związku Nauczycielstwa Polskiego, który ma podjąć decyzję o strajku w szkołach. Proponowany wzrost płac nauczycieli w przyszłym roku, wynikający ze znowelizowania Karty Nauczyciela, jest głęboko niewystarczający - oznajmił szef ZNP, Sławomir Broniarz.

Także 50% podwyżki chcą kolejarze, Rozpoczęły się rozmowy między związkowcami a poszczególnymi spółkami przewozowymi PKP. Jeśli nie przyniosą one rozwiązania, czeka nas strajk generalny na kolei. Związkowcy twierdzą, że nie chcą straszyć pasażerów, ale pociągi mogą stanąć jeszcze przed świętami.

Warto też dodać, że Platforma szykuje zniesienie ustawy o handlu wielkopowierzcniowym, która ogranicza swobodną ekspansję supermarketów na naszym rynku. należy się więc liczyć również z protestami handlowców, którzy zapewne nie będą biernie czekać na bankructwo swoich zakładów i utratę miejsc pracy.


środa, 5 grudnia 2007

Kim jest Ewa Kopacz

(pw) możemy przeczytać w Gazecie Polskiej i na wirtualnejpolsce. Warto.
pw)



Wtorek, 4 grudnia 2007

Szczodra Ewa

"GP": Kopacz zadłużyła gminę na ok. 3,5 mln zł

Ewa Kopacz
(fot. PAP / Paweł Kula)


Nowa minister zdrowia w rządzie Donalda Tuska ma w Polsce nadzwyczaj dobrą prasę: jest "świetną organizatorką", "zdolną menedżerką", "wszechstronnym lekarzem" oraz kobietą "stawianą pod względem elegancji na równi z Condoleezzą Rice". Niestety – pod obfitą warstwą tego medialnego lukru kryją się faktyczne dokonania Ewy Kopacz, świadczące o jej całkowitym braku kompetencji do kierowania jakimkolwiek państwowym urzędem.


Niewielkie w gruncie rzeczy doświadczenia minister Kopacz w sprawowaniu ważnych funkcji – a więc pięć lat pracy na posadzie dyrektora Zakładu Opieki Zdrowotnej (ZOZ) w 12-tysięcznym Szydłowcu oraz dwa lata przewodniczenia sejmowej Komisji Zdrowia – zwykły być dotąd usprawiedliwiane jej ogromnymi sukcesami na tym pierwszym stanowisku. Jako szefowa szydłowieckiego ZOZ Kopacz doprowadzić miała bowiem do rozkwitu tej niewielkiej jednostki – a styl, w jakim tego dokonała, stawiany jest przez czołowych polityków PO za wzór nowoczesnego zarządzania placówką publiczną.

W licznych peanach na cześć menedżerskich zdolności nowej minister uparcie pomija się jednak pewien drobny fakt: Ewa Kopacz zadłużyła gminę oraz kierowany przez siebie ZOZ na ok. 3,5 mln zł.

Popularność na kredyt

Na pierwszy rzut oka okres kilkuletnich rządów Kopacz w szydłowieckim ZOZ to rzeczywiście pasmo sukcesów: dyrektor sprowadzała do zakładu nowy sprzęt, dbała o kadrę, była energiczna i przebojowa. Umiała przypodobać się lokalnej społeczności, zatrudniając w ośrodku wielu wdzięcznych jej później ludzi (jeszcze do niedawna w Szydłowcu poziom bezrobocia wynosił 25 proc.) – publicznie snuła też ambitne, lecz zupełnie nierealne plany otworzenia w mieścinie szpitala. Ewa Kopacz: – ZOZ w Szydłowcu był pod moim kierownictwem najlepszą placówką w byłym województwie radomskim. Jako pierwsi mieliśmy mammograf, dysponowałam taborem samochodów sanitarnych, jako pierwsza otwierałam oddział paliatywno-opiekuńczy, a moi pracownicy mieli najwyższe wynagrodzenia.

Problemy zaczęły się w roku 2002, czyli niedługo po zdobyciu przez obecną minister mandatu posła i jej rezygnacji z kierowania ZOZ. „Wzorcowo” zarządzany zakład przejął Marian Kosno – i z miejsca zmuszony był przystąpić do jego ratowania... Okazało się bowiem, że Kopacz od wielu lat dbała o swój wizerunek kosztem gminy, podatników i pracowników. W jaki sposób? Jako zdolna menedżerka unikała płacenia przez ZOZ podatków, np. podatku od nieruchomości, który został spłacony (czyli umorzony) przez gminę dopiero w roku 2007 – czyli sześć lat po odejściu Kopacz z funkcji dyrektora! Całkowita kwota należności wyniosła aż 581 tys. zł... Tylko za rok 1999 – z tytułu samego podatku od nieruchomości – zaległość ZOZ pod dyrekcją Ewy Kopacz oszacowana została wraz z odsetkami na 220 tys. zł.

To jednak nie wszystko. 1 stycznia 2001 r. weszła w życie słynna „ustawa 203”, nakazująca podniesienie pensji pracownikom ZOZ o przynajmniej 203 zł miesięcznie. Ewa Kopacz postanowiła nie realizować zapisów ustawy – mając świadomość, że ewentualne konsekwencje niedopełnienia tego obowiązku ponosić będą jej zastępcy. Tak się też stało: w 2002 r. Sąd Najwyższy orzekł, że ustawa może być podstawą do indywidualnych roszczeń każdej osoby zatrudnionej w ZOZ.

Po „złotych” rządach Ewy Kopacz nad szydłowieckim Zakładem Opieki Zdrowotnej momentalnie zawisło zatem widmo bankructwa, bo zdesperowani pracownicy zgodnie z prawem wystąpili o wypłatę nieuregulowanych przez dawną dyrektor zobowiązań. Z szacunków dokonanych w 2004 r. – już po ostatecznej uchwale w tej sprawie Sądu Najwyższego – wynika, że zaległości szydłowieckiego ZOZ wobec kadry wyniosły ok. 2,7 mln zł! Aby choć częściowo spłacić tę olbrzymią sumę, nowe kierownictwo zakładu musiało wziąć pożyczkę z banku. Zwolniono kilku ludzi, zrezygnowano też z wynajmu karetek dla pogotowia ratunkowego... Dziś Ewa Kopacz tłumaczy: – Trzeba sobie uświadomić, że zadłużenie mojego ZOZ w Szydłowcu w niczym nie różniło się od zadłużeń prawie wszystkich placówek w Polsce. Na ówczesną sytuację nie wolno zatem patrzeć z dzisiejszej perspektywy, ale należy mieć na względzie okoliczności miejsca i czasu.

Jako mąż i nie mąż

W czasie, gdy ZOZ w Szydłowcu pogrążał się w długach, a pracownicy nie dostawali należnych wynagrodzeń, jego dyrektor pobierała niezgodnie z prawem kwartalne prowizje od pieniędzy pozyskanych z zewnątrz. Istnienie prowizji znosiła z 2000 r. „ustawa kominowa”, mimo to starosta szydłowiecki przez dwa następne lata przyznawał je Ewie Kopacz w pełnej wysokości. Gdy nieuzasadnione wypłaty wyszły na jaw, a sprawą zainteresowała się Prokuratura Rejonowa w pobliskiej Przysusze, Kopacz – byle tylko uciszyć aferę – oddała pobrane nielegalnie pieniądze. Dawna dyrektor ZOZ w Szydłowcu była już wtedy posłanką i chciała uniknąć negatywnego rozgłosu, ale nawet wtedy trudno jej było ukryć swoje zamiłowanie do szastania pieniędzmi. Jak donosiła lokalna prasa, wśród parlamentarzystów z Radomskiego to właśnie Ewa Kopacz spożytkowała najwięcej państwowych środków na przejazdy samochodem (w ciągu roku prawie 40 tys. zł) czy wydatki telefoniczne (23 tys. zł). Po uzyskaniu mandatu poselskiego Ewa Kopacz postanowiła zdecydowanie odciąć się od długów szydłowieckiego ZOZ, choć całkiem o swoim dawnym miejscu pracy nie zapomniała. Posłanka skupiła się wszelako na sprawach przyjemniejszych, takich jak pomoc w medialnym sprowadzeniu kilku karetek dla ośrodka czy załatwieniu w 2003 r. posady wicedyrektora ZOZ swojemu ówczesnemu mężowi, który wcześniej był... prokuratorem.

Ta ostatnia decyzja była o tyle zrozumiała, że Marek Kopacz na gwałt potrzebował pracy, bo w roku 2002 został zawieszony w wykonywaniu swoich obowiązków prokuratorskich z powodu ucieczki z miejsca wypadku samochodowego (przedtem uderzył swym autem w nadjeżdżającego fiata punto). Choć nie postawiono mu wtedy zarzutu spowodowania kolizji, zarzucając jedynie niegodne prokuratora postępowanie (ucieczkę) – jego rozprawa dyscyplinarna nigdy się nie odbyła, gdyż za każdym razem przedstawiał on w prokuratorze zwolnienia lekarskie... Ostatecznie w 2003 r. chorowity prokurator zmienił taktykę obrony, rezygnując z pracy w zawodzie i stając się zastępcą dyrektora ZOZ w Szydłowcu, Andrzeja Piotrowskiego. Ponieważ Piotrowski był wcześniej wiceszefem zakładu „pod” Ewą Kopacz, zatrudnienie jej męża wzbudziło zasadne podejrzenia o nepotyzm – ale posłanka PO uparcie twierdziła, że ze zdumiewającym przekwalifikowaniem męża nie ma nic wspólnego.

Marek Kopacz, były prokurator, prędko zadomowił się na nowej posadzie i pracuje jako wicedyrektor ZOZ w Szydłowcu po dziś dzień; co więcej – w 2004 r. zarząd powiatu szydłowieckiego wnioskował o przyznanie mu nagrody za „naprawę sytuacji ekonomicznej w zakładzie”!

Biedne zadłużone szpitale

Charakterystyczne, że Ewa Kopacz nie wydawała się przejawiać troski o stan finansów szpitali i ZOZ-ów nawet wtedy, gdy władze PO szykowały ją powoli na rzecznika ds. zdrowia w przyszłym „gabinecie cieni”. W 2005 r. posłanka zgodziła się na udział (jako prelegent) w lobbystycznej imprezie farmaceutycznej, organizowanej w Warszawie przez znaną firmę z branży PR. Oficjalnym celem kilkudniowej „konferencji” było przeszkolenie dyrektorów szpitali oraz ZOZ-ów w zakresie refundacji leków – chociaż zapowiadana obecność przedstawicieli koncernów farmaceutycznych, luksusowy hotel oraz bogate menu kulinarne nie wskazywały na naukowy charakter spotkania. Najbardziej bulwersujący był jednak fakt, że opłatę za udział każdego dyrektora (5 tys. zł od osoby) uiścić miała delegująca go jednostka budżetowa, a więc szpital lub ZOZ. Sami prelegenci – według zapowiedzi organizatora – wystąpić mieli za darmo, ale koszty ich parudniowego pobytu w hotelu InterContinental wraz z wyżywieniem planowano pokryć właśnie z wpłat uczestników konferencji, czyli de facto ze środków ZOZ-ów i szpitali.

Mimo ogólnie znanych zasad finansowania imprezy (szczegółowe informacje o konferencji zostały rozesłane do izb lekarskich) i oburzenia niektórych lekarzy Ewa Kopacz wycofała się z udziału w imprezie dopiero po interwencji dziennikarzy „Gazety Wyborczej”. Przyszła minister zdrowia tłumaczyła prasie, iż nie wiedziała, że za jej kilkudniowy pobyt w luksusowym InterContinentalu mają płacić „biedne zadłużone szpitale”.

Grzegorz Wierzchołowski

wtorek, 4 grudnia 2007

Powrót Płatnika

(pw) Zaczynają się powroty. Kolejnym krokiem po ujawnionej dziś decyzji prokuratury powinna być już tylko jej likwidacja. Prokuratura nie będzie już w Polsce potrzebna, wystarczą dwie, trzy komisje śledcze rozliczające rządy PiS. Dziennik donosi:

Biznesmen wróci do Polski przed świętami

Prokuratura już nie chce zatrzymać Krauzego

Podejrzewany o utrudnianie śledztwa i składanie fałszywych zeznań Ryszard Krauze może spokojnie wracać do Polski. Na lotnisku nie zakują go w kajdanki agenci CBA. Pod nowymi rządami prokuratura już tydzień temu cofnęła nakaz zatrzymania biznesmena - dowiedział się DZIENNIK. Minister sprawiedliwości twierdzi, że z tą decyzją nic nie ma wspólnego, a o wszystkim dowiedział się od dziennikarzy DZIENNIKA. Więcej w jutrzejszym wydaniu DZIENNIKA.

Krauze, podejrzewany o udział w przecieku z tajnej akcji CBA przeciw Andrzejowi Lepperowi, może więc spokojnie wracać do kraju. I wróci jeszcze w tym roku.

"Mój klient za tydzień zdecyduje o tym, kiedy dokładnie pojawi się w Polsce. Ale będzie to prawdopodobnie jeszcze przed świętami. Nie ukrywam, że Ryszard Krauze czekał na taką decyzję prokuratury" - mówi dziennikowi.pl mecenas Krzysztof Bachmiński.

Minister Zbigniew Ćwiąkalski zapewnia, że nic nie wiedział o decyzji prokuratury cofającej nakaz zatrzymania Krauzego. "Dowiaduję się o tym od was" - powiedział DZIENNIKOWI.

Ale decyzja ta jest zgodna z jego ekspertyzą prawną, którą napisał zanim został ministrem sprawiedliwości. Wynikało z niej, że Krauze nie powinien być zatrzymywny, bo prokuratorskie zarzuty przeciw niemu są słabe.

Politycy PiS nie zostawiają na Ćwiąkalskim i PO suchej nitki.

"Platforma daje sygnał wpływowym: Nic wam się nie stanie, nawet jeśli popełnialiście przestępstwa” - mówi Aleksander Szczygło z PiS.

"Teraz najlepiej widać, po co Platforma wygrała wybory. W sferze picu na okrągło mówi się, że ktoś spalił Piterze samochód, bo twardo walczyła z korupcją. A w sferze realnej, pod rządami Platformy, po cichu zapadają decyzje korzystne dla Krauzego" - oburza się w rozmowie z DZIENNIKIEM Jacek Kurski z PiS.

Dlaczego prokuratura zmieniła zdanie i co zrobi w tej sprawie minister Ćwiąkalski - czytaj w jutrzejszym wydaniu DZIENNIKA.

poniedziałek, 3 grudnia 2007

Polska zgodzi się na Gazociąg Północny?

(pw) Nowa polityka zagraniczna nabiera kształtów. Co prawda w wypowiedziach polityków wciąż mnóstwo interesu narodowego, jednak w praktyce jest on rozumiany jaiko bezwarunkowa kapitulacja we wszystkich sprawach. Pozostaje czekać na pojawienie się nowych pomysłów i rządań. W Berlinie i Moskwie zapewne szybko zorientują się, ze trafia się wyjątkowa okazja.

Pawlak chce rozmawiać z Rosją i Niemcami o gazociągu

jen 03-12-2007, ostatnia aktualizacja 03-12-2007 16:50

Wicepremier, minister gospodarki Waldemar Pawlak zadeklarował w Brukseli chęć rozmów z Rosją i Niemcami na temat transportu gazu z Rosji, w tym Gazociągu Północnego na dnie Bałtyku.

- Jest nowy rząd w Polsce, warto do tego wrócić - powiedział Pawlak na konferencji prasowej. Zastrzegł, że "nie przesądza rezultatów dyskusji". "Natomiast warto to podjąć. Zbyt wiele spraw było ostatnio odkładanych, nie było rozważanych czy dyskutowanych" - dodał.

Nawiązując do swoich rozmów z niemieckim resortem gospodarki Pawlak powiedział, że po stronie Niemiec także widzi wolę rozmowy.

Wyjaśnił, że chodzi przede wszystkim o omijający Polskę Gazociąg Północny, który po dnie Morza Bałtyckiego ma transportować rosyjski gaz do Niemiec. Jego zdaniem z punktu widzenia polskich interesów lepszy jest naziemny gazociąg Amber, który miałby transportować rosyjski gaz przez kraje bałtyckie i Polskę.

- Z punktu widzenia efektywności przesyłania gazu z Rosji do Niemiec droga lądowa jest niewątpliwie bardziej atrakcyjna (...). Projekt Amber to być może rozsądna alternatywa, która interesy polskie, niemieckie i rosyjskie może w odpowiedni sposób zrównoważyć, zharmonizować tak, że wszyscy będą zadowoleni. Nie należy odrzucać z góry możliwości porozumienia - uważa wicepremier.

Zastrzegł, że dla Polski priorytetem jest poprawa bezpieczeństwa energetycznego. - Zachowujemy tutaj dużą otwartość, ale też jesteśmy zdecydowanie zainteresowani tym, żeby te projekty (...) wpisywały się w plan, który będzie budował mocną, silną pozycję Polski w relacjach europejskich jeśli chodzi o rynek energii - powiedział.

- Może się okazać, iż nie ma o czym mówić, bo pewne rozstrzygnięcia inwestycyjne są już tak zaawansowane, że już nie będzie możliwości odwrotu - przy znał Pawlak.

Źródło : PAP



Nie zawsze na kolanach

(pw) Platforma postanowiła pokazać, że wcale, a wcale nie prowadzi polityki zagranicznej na kolanach i jeśli trzeba potrafi grać twardo. oczywiście przypadkiem wobec tych z którymi rywalizują ci, przed którymi klęczy i chce, byśmy wszyscy klęczeli razem z nią.

Rząd Tuska chce wyjaśnień od Amerykanów



Piotr Gillert 03-12-2007, ostatnia aktualizacja 03-12-2007 03:07

Nowy rząd nie pali się do rozmów z Waszyngtonem. Jak się dowiaduje „Rz”, Warszawa ma wątpliwości, czy Amerykanie mówią całą prawdę o tarczy

– Jesteśmy otwarci na wszelkie pytania – zapewnia w wywiadzie dla „Rz” amerykański negocjator John Rood.

Gdy latem tego roku prezydent Lech Kaczyński stwierdził podczas wizyty w Waszyngtonie, że sprawa tarczy jest przesądzona, wydawało się, iż zakończenie rozmów jest kwestią dwóch, może trzech miesięcy.

Kontrowersyjny raport

Jednak nowy rząd chce najpierw skonsultować sprawę bazy z NATO, Czechami, Niemcami, a także Rosją, a dopiero potem zasiąść ponownie do stołu z Amerykanami.

– W tak ważnej sprawie nie możemy się spieszyć. Zresztą mamy dużo czasu, choćby i do wyboru następnego prezydenta USA – twierdzą polskie źródła dyplomatyczne.

Jak się dowiadujemy, powrót do rozmów przed wizytą premiera Donalda Tuska w Waszyngtonie na początku przyszłego roku jest mało prawdopodobny. Wątpliwości polskiej strony budzą między innymi informacje o systemie, jakie przekazują Amerykanie. Waszyngton podkreśla, że tarcza w Europie Środkowej ma być odpowiedzią na zagrożenie ze strony Iranu i nie ma technicznych możliwości zagrożenia Rosji. Nasze władze nabrały jednak wątpliwości co do tego, czy tak rzeczywiście jest.

Jedną z przyczyn jest opublikowany niedawno raport dwóch naukowców z prestiżowych amerykańskich uczelni, którzy dowodzą, że rakiety przechwytujące (czyli interceptory) z bazy w Polsce byłyby zdolne zniszczyć rosyjskie rakiety międzykontynentalne wystrzelone w stronę Ameryki.

Richard Lehner, rzecznik Agencji Obrony Rakietowej (MDA), wyjaśnia „Rz”, że wyniki przedstawione w raporcie są błędne, bo opierają się na teoretycznych wyliczeniach, a nie wynikach testów. Warszawa chce się jednak bliżej zapoznać z tymi kalkulacjami. Rząd Tuska sceptycznie podchodzi też do wyjaśnień Amerykanów, że tarcza ma głównie chronić europejskich sojuszników, bo teren USA będzie wystarczająco chroniony przez interceptory umieszczone w Ameryce.

Otwarci na pytania

W rozmowie z „Rz” John Rood zapewnia, że Amerykanie rzetelnie informują Polskę o systemie. – Jeśli jest jeszcze coś, co nasi polscy partnerzy chcieliby przedyskutować, jesteśmy otwarci na wszelkie pytania – dodaje.Większość amerykańskich ekspertów uważa, że tarcza rzeczywiście budowana jest z powodu irańskiego programu nuklearnego. – Bywa jednak tak, że system tworzony z myślą o jednym zagrożeniu może służyć także innym celom – mówi nam profesor Keir Lieber, współautor głośnego artykułu o amerykańskiej supremacji nuklearnej na łamach „Foreign Affairs”.

Piotr Gillertz Waszyngtonu