(pw) W początkach koalicji głośno było gdzieniegdzie o występie Pawalaka w reklamie. Okazuje się, że Pawlak musi dorabiac, ponieważ jest najbiedniejszym ministrem rządu Tuska. Dziennik.pl:
Miał majątek, nie ma prawie nic
wtorek 15 stycznia 2008 05:18
Gdzie zniknęły pieniądze Pawlaka?
Gdzie się podział majątek wicepremiera Pawlaka?
Jeszcze kilka lat temu Waldemar Pawlak był jednym z bardziej majętnych polityków. Dziś z jego majątku nie pozostało niemal nic. Gdzie zniknęły pieniądze Pawlaka? - zastanawia się "Polska".
czytaj dalej...
Waldemar Pawlak, lider PSL, wicepremier i minister gospodarki, jest najuboższym członkiem gabinetu Donalda Tuska. Jak wynika z jego oświadczenia majątkowego, Pawlak posiada dwie rzeczy: 27-hektarowe gospodarstwo rolne we wsi Kamionka na Mazowszu oraz sześcioletnią skodę fabię. Pawlak nie podaje ich wartości.
Pawlak, w polityce od 23 lat, nie ma niczego innego - nieruchomości czy choćby złotówki oszczędności. Nawet słynna hybrydowa toyota - stało się o niej głośno, gdy Pawlak wystąpił w broszurze reklamowej producenta samochodu - nie należy formalnie do wicepremiera. Pawlak ma ją w leasingu.
Dziennik przypomina, że jeszcze kilka lat temu Pawlak był jednym z bardziej majętnych polityków. W 2001 r. miał na koncie 200 tys. zł, 15 tys. euro, 5 tys. dol., papiery wartościowe za kolejnych 15 tys. zł. Pawlak miał też warte 10 tys. zł udziały w prywatnej spółce oraz dwa samochody (skodę octavię i fiata brava), wart ponad 10 tys. zł komputer osobisty, a także dom o powierzchni 200 mkw. (wycenił go na 200 tys. zł). Dziś z tego majątku nie pozostało nic.
To zagadkowa zmiana - ocenia gazeta - bo w ostatnich latach zarobki Waldemara Pawlaka były ponadprzeciętne. Przez całe lata inkasował diety poselskie. Np. w 2004 r. było to ponad 38 tys. zł.
Nieźle prosperowało też gospodarstwo rolne. W 2000 r. dało ono 80 tys. zł zysku, rok później 40 tys. zł. Ale najwięcej Pawlak zarobił na Warszawskiej Giełdzie Towarowej, w której od 2001 do 2005 r. był prezesem zarządu. Np. w 2001 r. pensja Pawlaka wyniosła tu 150 tys. zł, rok później było to 250 tys. zł, w roku 2003 - 207 tys. zł.
Po zsumowaniu wszystkich dochodów ministra gospodarki okazuje się, że sięgały one nawet 300 tys. zł rocznie. Mimo to majątek polityka stale topniał, aż stopniał do gospodarstwa i skody.
"Polska" chciała, by Waldemar Pawlak wytłumaczył, co się stało z jego majątkiem. Wicepremier był jednak nieuchwytny.
Po cichu trwają czystki w prokuraturach. Po wycięciu prokuratorów tropiących nieprawidłowości w samym wymiarze sprawiedliwości, przyszła pora na tych, którzy za bardzo interesowali się działalnością SB. Pisze o tym w Rzeczpospolitej Bronisław Wildstein:
Normalizacja w Krakowie
W krakowskiej prokuraturze normalizacja na całego. Odwołany został szef Prokuratury Okręgowej i wszyscy jego zastępcy. Odwołany został również ze stanowiska zastępcy Krzysztof Urbaniak, prokurator, który posunął do przodu śledztwo w sprawie zabójstwa Stanisława Pyjasa. Postawił przed sądem szefów SB w Krakowie w tamtych czasach. Wyroki (w zawieszeniu) dostali za sprowadzanie na fałszywe tory śledztwa, za które byli odpowiedzialni.
Jeśli szefowie SB robili wszystko, aby zamącić sprawę zamordowania Pyjasa, to pewnie mieli jakiś powód. Widziałem, jak już w III RP Urbaniak, samotnie, nad rozklekotaną maszyną do pisania latami biedził się, aby odsłonić prawdę w sprawie morderstwa Pyjasa. Nie wydawało się, aby specjalnie pomagał mu nowy aparat ścigania. Być może za wielu było w nim funkcjonariuszy, którzy nie chcieli ruszać starych spraw. Za to esbeków z pasją bronił autorytet III RP, autor „Gazety Wyborczej” i „Tygodnika Powszechnego”, kolega ministra Ćwiąkalskiego, prof. Jan Widacki.
Po raz pierwszy spotkałem go, gdy zaświadczał o nieposzlakowanej opinii innego profesora, Zdzisława Marka, usługowego eksperta SB, na podstawie oceny którego uznano zabójstwo Pyjasa za wypadek. Opinia biegłych z początku lat 90., którzy uznali, że dane, którymi posługiwał się Marek, wskazują właśnie na śmiertelne pobicie Pyjasa, nie zmieniała oceny Widackiego. Podobnie było z sądem, który skazał mnie z par. 212 za pomówienie Marka (– Miał pan podstawy, żeby tak myśleć, ale nie, żeby tak mówić – poinformował mnie przewodniczący składu apelacyjnego), albowiem napisałem, że Marek osłaniał morderców, przedstawiając zabójstwo jako wypadek. I podtrzymuję to.
W sądzie Marek czuł się jak u siebie w domu, przecież znał tam wszystkich od dziesiątków lat, podobnie jak Widacki. Aż dziw, że to Urbaniak wygrał z nim sprawę przeciw oficerom SB. I może dlatego musi teraz odejść. Nadchodzi czas Widackiego. Urbaniak musi zrobić mu miejsce. Patronuje temu minister Ćwiąkalski.
Warto przypomnieć, że Widacki cały czas jest oskarżony o nakłanianie do fałszywych zeznań. W Rzeczpospolitej Miłości nie przeszkadza mu to jednak w byciu gwiazdą polityki i wymiaru sprawiedliwości.
Dziennikarze starają się jak mogą, by nowej włądzy nie wchodzić w drogę, a już tym bardziej nie patrzeć na ręce, jednak strzeżonego pan Bóg strzeże. Bronisłąw Komorowski utrudnia dziennikarzom dostęp do parlamentarzystów. Dziennik.pl:
Dziennikarze mają w Sejmie problemy
wtorek 15 stycznia 2008 01:02
Marszałek blokuje dostęp do posłów
Marszałek Bronisław Komorowski głośno torpedował pomysł swego poprzednika Ludwika Dorna, by otoczyć Sejm płotem. Postawił jednak bardziej dotkliwe zapory - wewnątrz gmachu. Podtrzymał politykę restrykcji wobec dziennikarzy i na dobre zamknął sejmowe kuluary. Nowe rozporządzenie nie pozostawia wątpliwości: ograniczenia pozostają, a dostęp do posłów będą mieć tylko wybrani - twierdzi DZIENNIK.
Najbardziej kontrowersyjne zapisy nowego rozporządzenia dotyczą właśnie wejścia w kuluary dla dziennikarzy. Teraz podczas posiedzenia Sejmu będzie mogło tam przebywać tylko 40 reporterów, a to skutecznie ograniczy dostęp do posłów. Przepustki są jednorazowe, wydawane w dniu posiedzenia, w dodatku trzeba będzie je każdorazowo zwracać do biura przepustek. Przepisy wprawdzie nie regulują, ilu reporterów z danej redakcji będzie miało bliski dostęp do polityków, ale zdaniem Jarosława Szczepańskiego, dyrektora biura prasowego Kancelarii Sejmu, liczba ta będzie mocno ograniczona. Przepustki będą wydawane w myśl zasady: kto pierwszy, ten lepszy.
"Chyba trzeba będzie o 6 rano ustawiać się pod biurem przepustek, żeby dostać wejście w kuluary jak za PRL, a może jakiś komitet kolejkowy?" - zastanawia się Beata Lubecka, dziennikarka Radia ZET. I dodaje: "Pomysł jest absurdalny. Narzekaliśmy głośno na Dorna, a tymczasem Komorowski przyszykował nam niespodziankę i chce być jeszcze lepszy" - mówi DZIENNIKOWI.
Zaraz po objęciu funkcji marszałka Sejmu Komorowski ostro krytykował ograniczenia wprowadzone przez Dorna. Zapowiadał, że „nie sądzi, by utrzymał je w mocy”. "Będę szukał innych rozwiązań, by usprawnić organizację pracy dziennikarzy w parlamencie" - mówił jesienią Komorowski i deklarował, że swoje pomysły będzie konsultował z przedstawicielami mediów.
Katarzyna Kolenda-Zaleska, wieloletnia korespondentka sejmowa, jest zaskoczona: "Wszyscy dziennikarze powinni mieć równe prawa. Tym bardziej że takie były deklaracje nowych władz Sejmu. Podobno decyzje miały poprzedzić negocjacje z naszymi reprezentantami. Nie słyszałam, by coś takiego się odbyło. Nie wyobrażam sobie, żeby tak zostało" - mówi dziennikarka TVN 24.
Janina Paradowska z „Polityki’” nie wierzy w wydanie tego rozporządzenia. "To znaczy, że jeżeli ktoś przyjedzie z Zielonej Góry i ustawi się w kolejce o 6 rano, dostanie wejściówkę w kuluary, a inny już nie?" - upewnia się publicystka „Polityki”.
Dlaczego będzie tylko 40 przepustek dla dziennikarzy? Szczepański mówi, że jest to podyktowane „realną przepustowością, która pozwala swobodnie pracować, tak by nie było tłoku w kuluarach”. Czy przepustowość była liczona? "Ta liczba wejściówek nie jest przypadkowa" - zapewnia dyrektor biura.
Zdaniem Szczepańskiego ograniczenia to efekt nacisków posłów wszystkich opcji politycznych. Jak mówi Szczepański, posłowie nie chcą obecności dziennikarzy, a przede wszystkim kamer. – Powiem tak: to, że kamery w ogóle będą w kuluarach obecne, to i tak dobrze, bo były głosy, by ich tam wcale nie było – mówi dyrektor. I zapewnia: – Będzie lepiej, proszę z góry nie krytykować tych usprawnień.
Ale dziennikarze nie postrzegają tych zapisów jako polepszenia pracy. Dla nich to restrykcje, które będą miały konkretne konsekwencje. "Mam nadzieję, że się mylę, ale to wygląda na politykę małych kroczków, którą kolejne ekipy prowadzą wobec mediów" - mówi Justyna Dobrosz-Oracz z TVP, od lat pracująca w „Teleexpressie” jako korespondent sejmowy.
Zdaniem reporterki otwarta niedawno z pompą salka prasowa może okazać się więzieniem. A właśnie na jej udostępnienie powołuje się Szczepański. "Posła można wywołać telefonicznie do sali prasowej" - argumentuje dyrektor. "Niebawem możemy zostać zamknięci w tej salce na dobre" - odpowiada Dobrosz-Oracz. "Dziś jest 40 przepustek, a dlaczego jutro ma nie być tylko pięć? Przecież o tym, by odciąć się w Sejmie od dziennikarzy, marzy po cichu każdy polityk" - dodaje dziennikarka.
Kolejny utrzymany przez Komorowskiego zapis, który wprowadził Dorn, to zakaz wejścia do nowego hotelu poselskiego. Dziennikarze będą mogli przebywać w barku kawowym i restauracji, ale tylko w obecności posła. "Mam umawiać się z posłem nie w restauracji czy w barze, tylko prosić go, by po mnie przyszedł, żeby tam wejść?" - dopytuje Janina Paradowska. I komentuje: "Jeżeli to prawda, to jest to niewyobrażalnie głupie".
Małgorzata Pietkiewicz, Mikołaj Wójcik, Zbigniew Krzyżanowski, Radosław Gruca
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz