SKOK-i pod nadzór państwowy
Projekt w tej sprawie przygotowali już posłowie PO, a o objęciu kas nadzorem państwowym stanowi również jeden z przepisów przygotowywanego z inicjatywy prezydenta RP projektu nowelizacji prawa spółdzielczego. W przeciwieństwie do prezydenckiej propozycji, Platforma Obywatelska pod hasłem zwiększania bezpieczeństwa oszczędności zgromadzonych w SKOK-ach" proponuje przy okazji wprowadzenie szeregu przepisów, które mogą wręcz sparaliżować działalność kas - podkreśla "Nasz Dziennik".
Jeden z proponowanych przepisów zakłada, że "członkostwo w kasie ustaje w chwilą wygaśnięcia więzi o charakterze zawodowym lub organizacyjnym". Wejście w życie takiego przepisu doprowadziłoby do sytuacji, że pożyczki zaciągnięte przez pracownika w zakładowym SKOK-u musiałyby zostać przez niego spłacone natychmiast po utracie lub odejściu z pracy.
Projekt zakłada również ograniczenie maksymalnej składki, jaką mogą płacić członkowie spółdzielni, a także stanowi, że do kompetencji Komisji Nadzoru Finansowego należeć będzie określenie szczegółowych zasad inwestowania środków pieniężnych.
Wątpliwości co do proponowanych zapisów podziela prof. Henryk Cioch, który od 30 lat specjalizuje się w prawie spółdzielczym. - Te wszystkie zmiany wypaczające spółdzielczy sektor prowadzą do jego upaństwowienia, a także zmierzają do konfiskaty majątku prywatnego, którym dysponuje i zarządza Kasa Krajowa SKOK - uważa prof. Cioch.Waldemar Pawlak w zapomnianej spółce
Wicepremier, choć sprzedał udziały, nadal figuruje jako wspólnik warszawskiej firmy
Wyszukiwanie Informacji Profesjonalnej – to spółka z Warszawy zajmująca się działalnością m.in. na rynku informatyki.
W Krajowym Rejestrze Sądowym jako jej główny udziałowiec figuruje Waldemar Pawlak, obecny wicepremier i minister gospodarki. Ma 45 udziałów o wartości 45 tys. zł. To oznaczałoby, że wicepremier skłamał w oświadczeniu majątkowym, w którym tego faktu nie ujawnił.
Okazuje się jednak, że wicepremier od 2,5 roku nie posiada już udziałów w Wyszukiwaniu Informacji Profesjonalnej.
Dlaczego jednak jego nazwisko nadal figuruje w rejestrze? – Dwa razy już składałem dokumenty z nowymi informacjami, ale sąd rejestrowy je odrzucał – tłumaczy Krzysztof Szpoton, który pełni funkcję prezesa firmy.
Sam wicepremier podczas rozmowy z „Rz” nie krył zaskoczenia sprawą. Stwierdził jednak, że wszystko jest w porządku. – Dawno już zbyłem udziały w tej spółce – mówi Waldemar Pawlak.
Szpoton potwierdza, że Pawlak sprzedał udziały w spółce 12 października 2005 r. Fundacji Partnerstwo dla Rozwoju, w której władzach wówczas zasiadał.
Z fundacją związany jest także Szpoton, członek jej zarządu. – Pawlak zgodził się, aby płatność za udziały rozłożono na cztery raty do końca 2009 r. Pieniędzy jednak nie wypłacono do dziś, ponieważ fundacja nie ma na to środków – tłumaczy Szpoton. Nie wiadomo więc, kiedy wicepremier otrzyma pieniądze.
To zarząd firmy powinien zadbać o wyrejestrowanie byłego udziałowca - uważa prof. Hubert Izdebski prawnik z UW
Poseł Platformy Antoni Mężydło sprawę ocenia krótko: – To zwykłe niechlujstwo, które powinno być szybko naprawione.
Prof. Hubert Izdebski, prawnik z Uniwersytetu Warszawskiego twierdzi, że w tym przypadku zawinił zarząd firmy, a nie wicepremier Pawlak.
– To zarząd powinien zadbać o wyrejestrowanie byłego udziałowca – mówi prof. Izdebski.
To nie pierwsza kontrowersja związana z ministrem z PSL.
Autorzy programu „Teraz my” ujawnili na antenie TVN, że w ostatnim roku majątek wicepremiera stopniał, a Waldemar Pawlak wystąpił do sądu o obniżenie alimentów.
Z kolei „Puls Biznesu” ujawnił, że Fundacja Rozwoju, w której zasiadają czołowi politycy PSL, łamie prawo. Przeznacza bowiem zbyt małe środki na działalność statutową.
„Rz” opisała także wątpliwości związane ze skasowaniem przez Pawlaka rekordowej – prawie półmiliardowej – kary spółce paliwowej J&S Energy za brak wymaganych rezerw paliwowych.
O tym, ze minister środowiska Maciej Nowicki został przeznaczony do odstrzału, w ramach retuszowania hucpy pod tytułem rząd Tuska, wiadomo było co najmniej od kilku tygodni. Dziennik i inne media także wymieniły prof. Nowickiego jako kandydata „do rekonstrukcji” czyli wykopania z ferajny. Sęk jednak w tym, że minister Nowicki nie odejdzie dlatego, ze premier Tusk jest niezadowolony z jego pracy lecz z powodu podpadnięcia marszałkowi leśnemu Bronisławowi Komorowskiemu.
Aby dokładniej przybliżyć Czytelnikom problem, cofnę się do czasu konstruowania obecnego rządu. Jak wiadomo, niemal do zaprzysiężenia rządu trwały skutecznie wyciszane, a raczej dyskretnie przemilczane przez media, targi z PSL wokół obsady ministerstwa pracy i ministerstwa środowiska. Pamiętamy też, że jedno z tych ministerstw miało przypaść PSL. Ale Pawlak to stary wyga, wie gdzie konfitury leżą, wiedział też, że Tusk nie ma wyjścia i zgodzi się na żądania PSL.
Zatem ludowcy dostali ministerstwo pracy oraz dużą część fruktów w ministerstwie środowiska, czyli wpływy w Lasach Państwowych. Przypomnijmy, Lasy Państwowe to jedno z największych i najbardziej dochodowych przedsiębiorstw w Polsce. Zatrudnia wraz z przemysłem drzewnym ok. 100 tys osób, a majątek lasów to ok. 28% terytorium Polski. Lasy Państwowe są udziałowcem Banku Ochrony Środowiska oraz kluczowym graczem na tzw. rynku pochłaniania gazów cieplarnianych.
Targi o obsadę stanowiska dyrektora generalnego lasów zostały zakończone powołaniem na to stanowisko Jana Piątkowskiego- bliskiego emerytury byłego dyrektora regionalnego lasów w Łodzi. Jego kandydatura została wymyślona przez B. Komorowskiego, który od lat ma dobre kontakty z leśnikami, a niektórzy złośliwie i zapewne nieprawdziwie sugerują, że niektóre z tych kontaktów mogły znaleźć się z aneksie raportu o rozwiązaniu WSI.
Tak czy inaczej, PSL pomysł zrobienia dyrektorem J. Piątkowskiego kupiło, jako, ze był on także znajomym S. Żelichowskiego- rozgrywającego ze strony PSL w kwestiach środowiska. Gdyby wiedzieli kto faktycznie stoi za Piątkowskim pewnie by się nie zgodzili ale cóż, dali się ograć.
Wrzucenie J. Piątkowskiego było to tym łatwiejsze, że prof. Nowicki jest ministrem słabiusieńkim, bez zaplecza politycznego, grona fachowych współpracowników, szacunku naukowców itp. Trudno bowiem za kompetentnych uznać współpracowników Nowickiego z Ekofunduszu, który był raczej towarzystwem wzajemnej adoracji niż gronem fachowców. Dlatego właśnie co lepsi specjaliści omijali tę instytucje, zwłaszcza, ze tajemnicą poliszynela było, że jest to synekura Nowickiego i znajomych królika. O szczegółach pisał Wprost kilka tygodni temu, dla tych co nie czytali, przywołuję kilka podstawowych faktów.
Fundacja Ekofundusz powstała na początku lat 90, za czasów UD, kiedy to ktoś wpadł na pomysł by rozmaite pieniądze od darczyńców, rządów zagranicznych itp. finansujących działania proekologiczne zgromadzić na jednym koncie i stworzyć instytucje zarządzającą, gdzie fachowcy będą decydować o ich podziale. Pomysł nawet i niezły ale wykonanie typowo polskie. Powołano Fundację a na jej czele postawiono jednego z faworytów ówczesnego Ministra. Statut Fundacji skrojono tak, ze jej Prezes jest praktycznie nieusuwalny. Próbowały to zrobić różne rządy ale nikomu się nie udało. A prof. Nowicki zarobił przynajmniej 2 mln…
Wracając do Lasów. Prof. Nowicki, jako człowiek mało znający Lasy Państwowe, łatwo zgodził się na podsuniętą mu kandydaturę dyrektora J. Piątkowskiego sądząc, że jest to uzgodniony z PSL kandydat a nie wrzutka Komorowskiego. Popełnił błąd.
Warto dodać, iż kandydat miał jeszcze jedna ważna cechę. Był ofiarą kaczyzmu. Pisowski dyrektor Lasów zwolnił bowiem Piątkowskiego ze stanowiska dyrektora regionalnej dyrekcji lasów w Łodzi i zdegradował do funkcji podrzędnego leśniczego. Był to efekt ministerialnej i wewnątrzleśnej kontroli, która wykazała wiele nieprawidłowości w zarządzanej przez Piątkowskiego Dyrekcji. Dochodziło m.in. do nielegalnego wyrębu i handlu drewnem, a także do bałaganu administracyjnego. Sprawa poszła do Prokuratury, postępowanie potwierdziło podejrzenia, Piątkowskiemu postawiono zarzuty i równocześnie… awansowano na stanowisko dyrektora generalnego Lasów.
Ale to jeszcze nic. Ponieważ przykład idzie z góry, bezkarnemu Piątkowskiemu przyszło do głowy (a raczej ktoś mu polecił) zmienić kilku dyrektorów w regionalnych dyrekcjach. Zwolnił więc dyrektora w Lublinie zastępując go nowym, którego wyróżnia głównie fakt, ze podobnie jak Piątkowski ma zarzuty prokuratorskie.
Zwolnił więc powołanego ledwo kilka miesięcy wcześniej dyrektora w Krakowie a na jego miejsce mianował… Stanisława S., któremu za „działalność” w nadleśnictwie Niepołomice prokuratura postawiła zarzut "uczestnictwa w zorganizowanej grupie przestępczej, która naraziła Skarb państwa na straty ok. 20 mln zł.”
Piątkowski zwolnił też dyrektora we Wrocławiu. Faworytem na wakujące stanowisko jest jeden z liderów związkowych. Z zarzutami prokuratorskimi oczywiście.
A 95% skazanych głosowało na PO. Przypadek?
Najbardziej skandaliczna była zmiana w Krakowie. Przypatrzmy się bliżej. Dyrektorem krakowskiej dyrekcji Lasów był przez wiele lat Alfred K. Stary partyjniak, esbek, zorientowani twierdzą, że na początku lat 90tych przewerbowany do WSI. Krakowska dyrekcja była skansenem politruków, niektórzy nawet ze stażem w UB. Jednak Alfred K. był nieusuwalny.
Pomijając nawet ew. wsparcie WSI, Alfred K. potrafił zadbać o PR. Przez lata organizował polowania dla krakowskich elit. A to byczka strzelił pan prokurator, a to na dziki wyruszył pan komendant z policji, a to zajączka w prezencie dostał pan dyrektor, a to bażancika pan xxx. Przy myśliwskim bigosie i schłodzonej przez leśników wódeczce rozkwitały przyjaźnie a i interesy się kręciły coraz lepiej.
Na przykład, drewno bez cechowania (czyli wpisu do ewidencji) jechało prosto z lasu do tartaków i parkieciarni. Raz transport został namierzony przez policyjny patrol. Policja wyśledziła adresata przesyłki, wezwała pomoc i wpadła na miejsce łapiąc przestępców na gorącym uczynku. Wszystko było jak ta lala, nawet film powstał z dowodami przestępstwa na widoku. Ale policjanci zamiast nagród czy awansów zostali rozesłani po okolicznych dziurach, kaseta z nagraniem zniknęła a prokuratura umorzyła postępowanie.
Podobnych przypadków było więcej.
Lecz najlepszy interes robiło się na działkach. Zgodnie z prawem regionalny dyrektor Lasów Państwowych może wyrazić zgodę na zamianę działek należących do Lasów na działki nie będące ich własnością. Chodzi o tzw. scalanie gruntów leśnych. Alfred K. twórczo rozwinął ten zapis.
I tak, w krakowskiej dyrekcji powstała nieformalna komórka zajmująca się wyłącznie wyszukiwaniem działek, które można powymieniać oraz prowadzeniem procedury administracyjnej z tym związanej. By wszystkim żyło się lepiej!
Kiedy znaleziono interesującą Lasy działkę, do jej właściciela udawał się emisariusz z propozycją zamiany. Perfidia polegała na tym, że w zamian za działki rolne oddawano działki leśne- często dużo więcej warte. Taka działkę leśną na górskim stoku w Nowym Sączu dostał np. brat Oleksego. Dziś stoi tam popularny wyciąg narciarski. W zamian Lasy dostały znacznie mniej warta działkę rolną. Ale właśnie na tym polegał numer. Działki rolne tuz przed zakupem zalesiano (czasem tylko na papierze), potem przekwalifikowywano na leśne i jako leśne kupowano. Prowizje od szczęśliwego zbywcy nieużytku i jednocześnie nabywcy atrakcyjnego terenu były wysokie.
Szachrajstw na wymianie działek było więcej, były też inne patenty na ich uatrakcyjnianie. Wystarczyło np. znać plany inwestycyjne w gminie czy powiecie albo dogadać to i owo ze znajomym z polowania.
Interes się kręcił aż nadeszła era Bliźniaków. Kontrole z ministerstwa, z Lasów oraz postępowanie policyjno- prokuratorskie dały śledczym podstawę do zwolnienia Alfreda K z pracy oraz postawienia mu zarzutów niegospodarności oraz uczestnictwa w zorganizowanej grupie przestępczej. Działalność ta naraziła Skarb Państwa na straty ok. 20 mln zł.
W trakcie postępowania ustalono, ze decyzje podpisywał dyrektor regionalny Alfred K. ale bezpośrednimi wykonawcami byli: wicedyrektor regionalny i nadleśniczy z Niepołomic Stanisław S. a także jego podwładna odpowiedzialna za wycenę gruntów do zamiany oraz stosowne postępowanie administracyjne. Według moich informacji sprawą interesowało się także CBA oraz ABW. Podejrzani byli tak bezczelni, że niektóre działki kupowali bez cienia żenady bezpośrednio na siebie lub najbliższą rodzinę.
Jednak rozbijanie układu w lasach nie podobało się wielu osobom, stąd jedną z pierwszych decyzji J. Piątkowskiego było wyrzucenie powołanego przez PiS dyrektora regionalnego w Krakowie. I tu nastąpiła pierwsza z serii niespodzianek. Parlamentarzyści z PO, łącznie bodaj dziesięć osób, skierowali do ministra Nowickiego list protestacyjny, w którym bronili powołanego przez PiS fachowca a krytykowali powołanego przez Nowickiego/Piątkowskiego geszefciarza Stanisława S. Reakcja byłą natychmiastowa: do wszystkich sygnatariuszy listu osobiście zadzwonił… nie, nie minister Nowicki.
Zadzwonił marszałek B. Komorowski, który ponoć w niewybrednych słowach zarzucił autorom listu wspieranie człowieka PiS, wspomniał coś o potrzebie niewpieprzania się w nie swoje sprawy a na koniec wyraził opinie, ze kontynuacja takich działań może negatywnie odbić się na ocenie pracy parlamentarzystów i negatywnie wpłynąć na pozycję polityka w kolejnych wyborach.
Odrobinę światła na tajemnicze telefony Komorowskiego może rzucić fakt, iż krótko po objęciu stanowiska dyrektora regionalnego Lasów w Krakowie przez Stanisława S., dyrektor generalny Piątkowski zażądał od niego przesłania do Warszawy kompletu dokumentów dotyczących podejrzanej transakcji, której przedmiotem były super atrakcyjne leśne działki tuz obok zamku w Niepołomicach. Wieść gminna niesie, że działki te zostały sprzedane na podstawiona osobę a faktycznym ich dysponentem jest Bronisław Komorowski.
Tak czy inaczej, dyrektor generalny Lasów wydał bezprawne polecenie przekazania dokumentów tej sprawy do Warszawy a dyrektor regionalny Stanisław S. złamał przepisy wykonując to polecenie. Czy chodziło o ochronę protektora i zabezpieczenie dowodów przestępstwa?
Informacje o tych faktach trafiły do Julii Pitery, która-dla przypomnienia- zajmuje się w obecnym rządzie zwalczaniem korupcji. Julia „raport” Pitera wykazała się jednak dobrym nosem politycznym lub po prostu wiedzą i odmówiła zajęcia się tą sprawą. Nawet nie zechciała przyjąć dostarczonej jej dokumentacji twierdząc, ze ona „człowieka Ziobry bronić nie będzie…"
Na marginesie, wiem, że na tym etapie osoby dysponujące wiedzą o tych skandalach próbowały zainteresować problemem dziennikarzy. Wyborcza krakowska ruszyła temat ale gdy kierownictwo skapowało się o co chodzi, dziennikarz dostał zakaz ruszania sprawy. W Dzienniku zapoznany z problematyką redaktor tryskał entuzjazmem, bo „to afera na pierwszą stronę”. Następnego dnia, po kolegium redakcyjnym stwierdził, że redakcja nie jest zainteresowana… Dziennik Polska bąknął coś o zmianach w lasach ale mając amunicje do armaty strzelał z przemoczonych kapiszonów. Bliżej zainteresowała się Misja Specjalna ale tylko do czasu gdy Wyborcza opublikowała ostrzeżenie pt ”Misja szuka haków na Komorowskiego”…
Wracając do meritum. Wrzenie po skandalicznej decyzji mianowania szefem krakowskich lasów skompromitowanego nadleśniczego Stanisława S. zmusiła do działania nawet nierychliwego ministra Nowickiego. Mniej więcej przed miesiącem wezwał dyrektora generalnego lasów J. Piątkowskiego by wręczyć mu dymisję. Jednak ten, ufny w siłę swego protektora odmówił przyjęcia kwitu, zbluzgał ministra i wyszedł trzaskając drzwiami. Nowicki mało się nie popłakał z bezsilności, poleciał więc ze skargą do Tuska, że „nie może odwołać dyrektora Lasów, boi się awantury w koalicji itp.”
Tusk jak Tusk, każdemu coś miłego… Podbudowany rozmową z premierem oraz wypoczęty po Świętach Nowicki ponownie zawezwał dyrektora Piątkowskiego. Ten jednak olał ministra. A w zastępstwie, do ministra Nowickiego zadzwonił…? Oczywiście marszałek Komorowski. Treści tej rozmowy nie znam ale z tego co słyszałem nie była miła. Nowicki w końcu zorientował się kto stoi za Piątkowskim ale trzeba mu oddać honor, bo nie odpuścił i ostatecznie wyrzucił go ze stanowiska. Czy był to przebłysk przyzwoitości czy efekt rozmowy z Komorowskim nie wiem. Ale jestem ciekaw co takiego pan marszałek powiedział, że w myszy zabiło lwie serce…?
Los ministra Nowickiego został więc praktycznie przesądzony. Do konfliktu z Komorowskim o Lasy dochodzą tez inne sprawy, jak np. bezsensowny okrągły stół dotyczący Rospudy czy bezsilność w negocjacjach z UE w kwestii limitów emisji CO2.
Problem polega na tym, że w miejsce nieudolnego ale jednak sercem bliskiego środowisku ministra Nowickiego powołany zostanie najprawdopodobniej jego dotychczasowy zastępca- S. Gawłowski. To już będzie ostateczna porażka bo ten technokrata nie ma pojęcia o lasach. Należy się zatem spodziewać powrotu pomysłów prywatyzacji Lasów oraz gwarantowanie majątkiem Lasów reprywatyzacji i odszkodowań za utracone mienie. Niewykluczone, że wysiłek pokoleń polskich leśników posłuży do spłaty roszczeń żydowskich.
I nie da się wykluczyć, żeza kilka lat, nasze dzieci las będą mogły obejrzeć głównie zza ogrodzenia, tak jak to ma miejsce w Niemczech, Francji czy innych krajach uzurpujących sobie prawo do mówienia jak należy dbać o przyrodę w Polsce.
Dobry car Tusk i źli bojarzy
Spece z PO odpowiedzialni za polityczny marketing uznali, że zwalnianie części ministrów może się okazać zbawienne dla premiera w momencie, gdy popularność rządu się załamuje – pisze politolog z Uniwersytetu Śląskiego
Gdy w ubiegłym tygodniu „Dziennik” doniósł, że na sierpień szykowana jest podobno „rzeź”w rządzie i przygotowywane dymisje co najmniej pięciu ministrów, Donald Tusk i jego najbliżsi współpracownicy wydawali się lekko skonfundowani. Ale już w tym tygodniu obaj wicepremierzy (Waldemar Pawlak i Grzegorz Schetyna) potwierdzili te doniesienia i uznali je za objaw normalności oraz dowód na sprawne działanie gabinetu. Bo też mają rację – tego typu dymisje nie tylko są przejawem zwyczajnej weryfikacji poszczególnych ministrów, ale także mogą zapewnić szefowi rządu niesłabnące poparcie. Z punktu widzenia interesów premiera ten drugi efekt wydaje się bardzo pożądany.
Zbawienne dla premiera
Początkowo reakcja PO była nerwowa, ponieważ obawiała się ona, że doniesienia o tym, iż część kierowników resortów się nie sprawdza, mogą spowodować spadek popularności całego gabinetu i obnażyć niekompetencję jego członków. Jeśli w pięć miesięcy po sformowaniu nowego rządu aż pięciu ministrów okazuje się nieudacznikami i osobami, które zawiodły zaufanie premiera, to może to fatalnie świadczyć nie tylko o nich, ale także o samym szefie gabinetu, który dobrał sobie tak łajzowatych współpracowników.
Poza tym tego typu informacja może mimowolnie uruchomić całą lawinę spekulacji także o innych ewentualnych dymisjach i otworzyć wielotygodniową dyskusję na temat kompetencji pozostałych ministrów. Wszystko to wydawało się niepokojące z punktu widzenia popularności całego rządu, ze szczególnym uwzględnieniem premiera. Zwłaszcza że doniesienia o możliwych sierpniowych roszadach zbiegły się z publikacją sondaży, w których zanotowano znaczący, aż 17-procentowy, spadek popularności gabinetu Tuska.
Ale właśnie w tej koincydencji należy upatrywać przyczyn obecnej zmiany tonu w wygrywaniu tematu ewentualnych dymisji. Ponieważ spece z PO odpowiedzialni za polityczny marketing mogli uznać, że tego typu zabiegi, czyli zwalnianie części ministrów, mogą się okazać zbawienne dla premiera. To właśnie moment chwilowego, być może, załamania się popularności rządu jest najlepszy do rozpoczęcia spektaklu pod nazwą „dobry car pozbywa się złych bojarów”.
Polityka obchodzenia
Widowisko to znane jest od setek lat i polega na tym, że – by ratować prestiż i popularność władcy – całą winę za patologie i wynaturzenia jakiegoś systemu zrzuca się na współpracowników, ratując tym samym dobry obraz oszukiwanego i niedoinformowanego przywódcy. Do perfekcji wypracowali to właśnie Rosjanie zarówno w czasach carskich, jak i komunistycznych, kiedy to wszelkie zło przypisywano spiskującym oraz rozpasanym bojarom czy też komunistycznym kacykom, chroniąc dzięki temu nieskalany obraz cara lub sekretarza generalnego, którzy – wedle tej bajki – mieli o niczym nie wiedzieć i niczego nie dostrzegać.
Jak się wydaje, mamy obecnie do czynienia z podobnym zabiegiem ze strony Platformy. W momencie wahnięcia się nastrojów społecznych pojawia się informacja, że Donald Tusk nosi się z zamiarem zdymisjonowania pięciu ministrów. To na nich ma być zrzucona wina za niepowodzenia obecnej ekipy i jej konflikty z częścią społeczeństwa. Bo jest to jeden z kluczy do odczytania takiego, a nie innego, składu grupy „złych bojarów” – to po części ci ministrowie, którzy zdążyli się już skonfliktować z jakimś fragmentem społeczeństwa.
Odnosi się to zwłaszcza do minister Katarzyny Hall i minister Barbary Kudryckiej. Obie panie potrafiły w krótkim czasie zaproponować kilka posunięć, które wywołały furię środowiska nauczycielskiego i akademickiego. I bez względu na to, czy racja jest po ich stronie czy też nie, nie po to Tusk budował politykę obchodzenia z daleka jakichkolwiek problemów i unikania sporów, żeby go dwie panie minister wystawiały na przykrą dla niego konfrontację z licznymi (to w odniesieniu do nauczycieli) lub opiniotwórczymi (to o akademikach) środowiskami.
Festiwal dziwnych zapowiedzi
Drugim powodem chęci „odstrzelenia” ministerialnej piątki jest to, że w trzech przypadkach są to tak zwani bezpartyjni fachowcy (Katarzyna Hall, Barbara Kudrycka, Maciej Nowicki), a w dwóch pozostałych (Cezary Grabarczyk i Bogdan Klich) to członkowie PO bez silnego umocowania w strukturach partii. Ich wymiana nie pociągnie za sobą żadnych perturbacji politycznych, ponieważ za pierwszą trójką nikt nie stoi i jej wymiana nie będzie okupiona żadnymi targami (za jednego fachowca mianuje się innego), pozostała dwójka nie ma samodzielnej pozycji w PO i nikt w partii nie będzie za nią umierał.
To znana taktyka: by ratować popularność przywódcy, całą winę za patologie systemu zrzuca się na jego współpracowników
O wiele trudniejsze byłoby na przykład pozbycie się jakiegoś PSL-owskiego ministra, ale na to się nie zanosi, ludowcy bowiem, na czele z premierem Pawlakiem, zawyliby na wieść o tym, że próbuje się ich „wykolegować” z powierzonych im resortów. Co więcej, można nawet spekulować, że za dymisją Nowickiego stoją właśnie pretensje ludowców. Pozbycie się wymienianej w publikacji „Dziennika” piątki nie spowoduje więc żadnych perturbacji politycznych, ale pozwoli osiągnąć spodziewany efekt zrzucenia na nich winy za nieruchawość rządu oraz spadek jego popularności w społeczeństwie.
Bo kolejnym wytłumaczeniem takiego a nie innego doboru „idących na polityczną rzeź” ministrów jest obarczenie odpowiedzialnością właśnie ich za to, że rząd – w kluczowych dla rozwoju naszego kraju dziedzinach – nic od pół roku nie zrobił. To przede wszystkim odnosi się do minister Hall i ministra Grabarczyka. Ta pierwsza, nie zaproponowała żadnej całościowej reformy najbardziej istotnego dla przyszłości Polski resortu, to znaczy właśnie resortu edukacji. Zamiast tego mieliśmy festiwal dziwnych zapowiedzi i niefortunnych propozycji (by wspomnieć kwestie ocen z religii na świadectwie, profilowania liceów czy też zmian w liście lektur obowiązkowych). Minister Grabarczyk może być z kolei obwiniany o brak gwałtownego przyśpieszenia w zbożnym dziele budowy autostrad, co obiecywała PO w kampanii wyborczej.
Poświęceni na ołtarzu
Wyrzucenie z sań tych osób pozwoli na odzyskanie sympatii części dziennikarzy, którzy w ostatnim czasie zaczęli coś przebąkiwać o nicnierobieniu obecnego rządu i o słabych pomysłach na modernizację naszego kraju. Gdy będą oni rozszarpywać na strzępy biednych ministrów, będzie można znowu powołać na ich stanowiska jakichś popularnych bezpartyjnych fachowców lub nic nieznaczących polityków Platformy, by przez kolejne pół roku mogli się „zapoznawać z resortem”.
Już u zarania tego gabinetu zwracano uwagę, że jedyną jego gwiazdą ma być sam premier. Reszta ma grać miłe tło, nie wyróżniać się i ciężko pracować na popularność swego szefa. W razie spadku popularności najsłabsi, najbardziej kontrowersyjni lub… najbardziej pechowi będą, jak bojarzy za Piotra I, poświęcani na ołtarzu osobistej popularności cara. Lud bowiem musi żyć w przekonaniu, że włada nim sama doskonałość, a chwilowe trudności i wypaczenia są wynikiem knowań i opieszałości złych bojarów.



0 komentarze:
Prześlij komentarz