Niepoprawni

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Czekając na cud, wydanie 82

(pw)Dziś: Rafał Ziemkiewicz o odejściu profesora Gomułki (Rzeczpospolita); ciąg dalszy sprawy marszałka Komorowskiego, Lasów Państwowych i Salonu 24 (Clark Nova - Salon 24 i Newsweek); Protest urzędników skarbówek (Polskie Radio/Rzeczpospolita); ludowcy na odcinku kultury (Rzeczpospolita)

Czemu profesor nie włożył piłkarskich gatek

Rafał A. Ziemkiewicz 27-04-2008, ostatnia aktualizacja 28-04-2008 02:57

Stanisław Gomułka naszkicował obraz rządu bez realnych pomysłów na spełnienie wyborczych obietnic, odsuwającego problemy na przyszłość i fatalnie zorganizowanego przez Donalda Tuska – pisze Rafał A. Ziemkiewicz

źródło: Forum

Choć od dymisji profesora Stanisława Gomułki minęło już kilka dni, warto do tego wydarzenia wrócić i zastanowić się nad jego konsekwencjami. Obecność w rządzie cenionego profesora z renomowanej London School of Economics and Social Sciences, znanego z wolnorynkowych poglądów, miało bowiem stanowić gwarancję, iż obecna władza poważnie traktuje wyzwanie reformy polskich finansów publicznych – którą nie tylko krajowe autorytety, ale także międzynarodowe instytucje finansowe wielokrotnie uznawały za konieczną i pilną.

Jego dymisja jest więc czymś więcej niż tylko zmianą na stosunkowo niskim w ministerialnej hierarchii stanowisku podsekretarza stanu. Jest z jednej strony wizerunkowym ciosem dla Platformy, z drugiej – poważnym sygnałem alarmowym, iż w rządzie źle się dzieje.

Zniechęcony jałowością

Profesor Gomułka nie jest politykiem i, na szczęście, nie zachował się tak, jak by to zapewne zrobił polityk – to znaczy nie użył któregoś z gładkich frazesów o „przyczynach osobistych”, „zaabsorbowaniu innymi obowiązkami” itp. Przyczyny swej decyzji wyłożył jasno: po niespełna pół roku uznał, że rząd jego pracy nie potrzebuje, że minister finansów Jan Vincent Rostowski nie wypełnia swych zadań, ponieważ został ubezwłasnowolniony przez premiera, a ten z kolei nie jest reformą zainteresowany.

Zniechęciła go też jałowość międzyresortowych konsultacji z Ministerstwem Zdrowia w sprawie umorzenia długów szpitali – również wynikająca jego zdaniem z braku w ministerstwie politycznej woli przeprowadzenia rzeczywistych reform.

A przy okazji naszkicował Stanisław Gomułka obraz rządu, który dziennikarzy nie zaskakuje, ale którego poza nieoficjalnymi, kuluarowymi rozmowami nikt z obecnej ekipy nie przedstawił tak otwarcie: efekciarskie skupienie na pijarze, brak realnych pomysłów na spełnienie wyborczych obietnic, odsuwanie problemów w nieokreśloną przyszłość i fatalna organizacja pracy, zawiniona w dużym stopniu przez samego Donalda Tuska, który, otoczony gromadką pretorian, zastrzegł do swych wyłącznych kompetencji tyle ważnych decyzji, że nie starcza mu czasu nie tylko na ich podejmowanie, ale nawet na wysłuchanie argumentów zajmujących się daną sprawą podwładnych.

Piszę, iż Stanisław Gomułka głośno powiedział o tym, o czym dotąd się szeptało „na szczęście” nie ze złośliwości wobec rządu Tuska, ale dlatego, że tolerowanie tej sytuacji i jej ukrywanie za fasadą marketingowych sztuczek jest najgorszym, co się może zdarzyć i Polsce, i samemu rządowi.

Egzamin z dostrzegania

Niestety, reakcja polityków PO na wystąpienie Gomułki była, generalnie, fatalna – pierwszy egzamin z umiejętności dostrzegania własnych błędów i zdolności do ich naprawiania ekipa Tuska przegrała z kretesem. Wypowiedzi polityków PO zdominowała słabo ukrywana irytacja zdradą profesora i chęć wywarcia na nim propagandowej zemsty.

Gomułka został więc dość powszechnie oskarżony o wybujałe ambicje, których niespełnienie ma jakoby być rzeczywistą przyczyną jego krytyki; Michał Boni z Rafałem Grupińskim na wspólnej konferencji prasowej zdiagnozowali u niego „narcyzm”, a Hanna Gronkiewicz-Waltz posunęła się nawet do zarzutu, że profesor jest sfrustrowany, bo chciał sam zostać premierem.

Wyciągnięto też przeciwko Gomułce oskarżenie, jakoby odszedł, gdyż rząd nie chciał spełnić jego żądania prywatyzacji szpitali, a także że domagał się wprowadzenia od zaraz podatku liniowego. Jedno i drugie w ustach działaczy PO nagle stało się przejawem ultraradykalizmu – co zdaje się świadczyć o kompletnym zaniku u nich poczucia własnej śmieszności.

Trudno też nie zastanowić się przy tej okazji nad mechanizmem psychologicznym, który sprawia, że nowa ekipa już po kilku miesiącach zaczyna prezentować te same obyczaje, które krytykowała u poprzedników. Przecież gdy Jarosław Kaczyński nazajutrz po dymisji dyskredytował swych dotychczasowych współpracowników i rzucał na nich podobne oskarżenia, ci sami platformersi nie szczędzili mu szyderstw, podobnie jak i za populistyczne używanie prywatyzacji szpitali w roli straszaka.

Tymczasem, jeśli starannie się wczytać w wypowiedzi polityków PO odsądzających dziś Gomułkę od czci i bagatelizujących jego oskarżenia, znajdziemy potwierdzenie zarzutów. Szczególnie ważna wydaje mi się tu wypowiedź jego bezpośredniego przełożonego Jana Vincenta Rostowskiego, który polemizując z oskarżeniem rządu o brak woli przeprowadzenia reformy finansów stwierdził zarazem, iż większość celów takiej reformy da się osiągnąć bez zmian prawnych, jedynie narzędziami administracyjnymi.

W przełożeniu na język prosty oznacza to ni mniej, ni więcej, tylko stwierdzenie, że minister nie widzi już potrzeby reformy – co, jeśli odpowiada przekonaniu premiera, a tak się wydaje, oznacza zasadniczą zmianę poglądów obecnej ekipy w kwestii, co do której, jak już wspomniałem, istnieje zgoda większości krajowych i zagranicznych ekspertów oraz międzynarodowych instytucji finansowych.

Reforma bez reformy

Jeśli dodać do tego faktyczną rezygnację z podatku liniowego (bo odłożenie go do roku 2011, czyli na następną kadencję, oznacza w istocie definitywne zaniechanie), to wypada stwierdzić, iż Jan Vincent Rostowski, wbrew robionemu mu pijarowi, nie jest bynajmniej drugim Balcerowiczem, ale raczej drugim Kołodką. To Grzegorz Kołodko był bowiem bodaj jedynym szefem tego resortu, który otwarcie negował potrzebę reformy finansów i zapowiadał ich uzdrowienie bez zmieniania ustaw. W praktyce oznaczało to skupienie się na krytyce silnego złotego i doraźnej łataninie, a to małą podwyżką, a to abolicją – wydaje się, że osiągnięcia Kołodki stanowią wystarczającą przestrogę przed chodzeniem jego śladem.

Z kolei Michał Boni, polemizując z oskarżeniami Gomułki o to, iż skupiona wokół niego grupa nie generuje żadnych politycznych programów, a pełni tylko funkcję „strażaków”, którzy mają na bieżąco zażegnywać strajki i protesty, stwierdził, iż nikt od jego ludzi programów nie oczekuje. W gruncie rzeczy wzmacnia to oskarżenie Gomułki, zamiast je osłabiać. Jeśli Boni i jego współpracownicy skupieni są na sprawach doraźnych, to znaczy, że kwestiami strategicznymi nie zajmuje się nikt, bo powszechnie wiadomo, iż jest to jedyna grupa w strukturze obecnej władzy, która – gdyby chciała – byłaby w stanie się nimi zajmować.

Trudno oczekiwać po profesorze Gomułce, że nie mogąc dostać się ze swymi przestrogami do premiera, sprawi sobie piłkarskie gatki i będzie próbował zbliżyć się do niego na boisku

Trudno oczekiwać po profesorze Gomułce, że nie mogąc dostać się ze swymi przestrogami do premiera, sprawi sobie piłkarskie gatki i będzie próbował zbliżyć się do niego na boisku, jak zapewne uczyniłby na jego miejscu rasowy polityk. Podzielenie się obawami z opinią publiczną nie jest aktem nielojalności, jak odebrali to obrażeni politycy PO, ale raczej odpowiedzialności. I jeśli premier da się uspokoić swym klakierom, że wszystko jest dobrze, a Gomułka po prostu jest frustrat, popełni ogromny błąd.

Zgiełk ucichnie

Z tego starcia to Stanisław Gomułka wychodzi zwycięsko – oskarżenia o przerost ambicji kompromitują raczej tych, którzy je rzucają (osobiście zresztą uważam wręcz za śmieszną sugestię, jakoby przy swej pozycji zawodowej profesor Gomułka potrzebował do czegoś awansu w hierarchii ministerialnych czynowników), podczas gdy jego zarzuty brzmią spójnie, logicznie i pasują do wszystkich znanych przesłanek.

Oczywiście, rządząca ekipa nie musi się nim przejmować. Profesor wróci do Londynu, zgiełk ucichnie, a życzliwe media odwrócą uwagę opinii publicznej nowymi doniesieniami do prokuratury albo wizjami głosowania przez Internet. Ale to jedna z ostatnich okazji dla Tuska, by coś w funkcjonowaniu swego otoczenia zmienić. Może z niej nie skorzystać, otoczyć się ludźmi, którzy będą go chronić przed złymi wiadomościami (nie wiem, czy premier zaznajamia się na bieżąco z coraz bardziej alarmującymi raportami GUS) i wierzyć, iż można wszelkie działania rządu ograniczyć do doraźnego ustosunkowywania się wobec zdarzeń.

Jakiś jeszcze czas będzie miło. Ale w którymś momencie sprawy przybiorą taki obrót, że żaden marketing już nie pomoże.

Źródło : Rzeczpospolita

Komorowski kontra Nowicki...


Przed kilkoma dniami zablokowany został mój blog. Stało się to po zamieszczeniu tekstu „Komorowski kontra Nowicki czyli partyzanci z wyciętego lasu”.

Igor Janke napisał do mnie: „Dostaliśmy pismo z żądaniem zablokowania tekstu, w przeciwnym razie grozi nam proces. Proszę nas zrozumieć: codziennie publikuje się tu kilkaset tekstów, nad którym nie mamy żadnej kontroli. Nie możemy pozwolić sobie na proces, bo po pierwsze - nie jesteśmy w stanie zweryfikować Pańskich informacji, po drugie - nie wiemy kim Pan jest, po trzecie - nie stać nas na to. Mamy tu 3.5 tys. blogerów. Każdy może cokolwiek napisać, my nie jesteśmy w stanie brać za to odpowiedzialności. Jedyną naszą odpowiedzią na podejrzenie łamania prawa (a oni takie podejrzenia mają, nie mam szans rozstrzygnąć na ile słusznie) jest zdjąć inkryminowany tekst. Nie jesteśmy redakcją, która weryfikuje informacje, ma do tego sztab ludzi, prawników i zna swoich dziennikarzy. Jeśli Pan sam zdejmie ten post, odblokujemy bloga. Nie bardzo dziś widzę inne wyjście. Proszę mnie zrozumieć: ja nie twierdzę, że to, co Pan pisze jest nieprawdą. Ja tylko informuję, że nie mogę brać za to odpowiedzialności i narażać Salonu na rujnujący nas proces. A jak znam zycie ich następnym krokiem byłoby poszukiwanie autora, bo tak naprawdę my tylko udostępniamy Panu miejsce (Platformę) do publikacji blogów”.

Rozumiem. A oto treść listu, przesłanego do S24 przez rzecznika prasowego Lasów Państwowych:

Szanowni Państwo
Właśnie przeczytałem artykuł pt. „Komorowski kontra Nowicki czyli partyzanci z wyciętego lasu", który jest jednym wielki stekiem bzdur i błędów. Poczynając od pomylonych nazwisk (dyrektor Piątkowski nie ma na imię Jan, tylko Jerzy), przez pomylone funkcje (leśniczy zamiast nadleśniczego) po informacje jawnie kłamliwe, dotyczące zarzutów prokuratorskich (zarówno Jerzy Piątkowski, jak i „Stanisław S." z Krakowa nigdy nie mieli postawionych takich zarzutów). Pomijam już skandaliczny styl wypowiedzi dotyczących innych osób występujących w tekście (typu „Stary partyjniak, esbek, zorientowani twierdzą, że na początku lat 90tych przewerbowany do WSI"). Zarzutów wobec tego tekstu jest znacznie więcej. Informuję, że jeżeli redakcja nie usunie natychmiast tego tekstu – będzie musiała wziąć odpowiedzialność za zarzuty autora tekstu w sądzie i udokumentować przedstawione fakty.

Z poważaniem
Przemysław Przybylski
Rzecznik Prasowy Lasów Państwowych
tel. 022 825 94 02
kom. 601 20 86 55
rzecznik@lasy.gov.pl

List rzecznika Przybylskiego byłby może i śmieszny gdyby nie był tragiczny. Co bowiem robi rzecznik instytucji czytając tekst zawierający informacje nieprawdziwe? Pisze sprostowanie. Czyli wskazuje informacje nieprawdziwe i podaje ich poprawną wersję. Co robi rzecznik Przybylski? Dezawuuje tekst nazywając go „stekiem bzdur i błędów” a na dowód tego przytacza pomyłkę w funkcji oraz pomyłkę w imieniu.

No rzeczywiście to straszne, od dwóch dni biję się w piersi, że opisując kulisy istotnych a mało znanych wydarzeń naraziłem cześć byłego już dyrektora generalnego Lasów Państwowych JERZEGO Piątkowskiego tytułując go leśniczym a nie nadleśniczym. Bardzo przepraszam.

Rzecznikowi Przybylskiemu nie podoba się także styl mojej wypowiedzi, zwłaszcza fragment dotyczący ewentualnej współpracy Alfreda K. (byłego dyrektora Lasów w Krakowie) z PZPR/SB/WSI. Zabolało? A skąd rzecznik Przybylski wie, że to nieprawda?

Tak czy inaczej, mój „stek bzdur i błędów” nie doczekał się ani sprostowania ani polemiki ale doczekał się usuniecia. Wygląda na to, że pan rzecznik jest dobry w rzucaniu gróźb natomiast na swej robocie zna się mało albo wcale. Co zresztą potwierdzają niektóre jego wypowiedzi na omawiany temat.

Dla odświeżenia pamięci rzecznika oraz dla informacji dla ogółu zamieszczam artykuły z krakowskiej Gaz.Wyborczej:

28.12.2007 r. Ireneusz Dańko

„Jak u leśników grunty zamieniano”

Podkrakowskie nadleśnictwa mogły sporo stracić na zamianach gruntów ze swoimi pracownikami i osobami z byłego kierownictwa Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krakowie.

Sprawę bada od kilku miesięcy prokuratura. Największe wątpliwości budzi obrót ziemią w Nadleśnictwie Niepołomice. Zastępca nadleśniczego Ryszard Gwiżdż wymienił tam w ostatnich latach kilkanaście hektarów ze swoją firmą. W ten sposób uzyskał m.in. atrakcyjne nieruchomości w Niepołomicach i Szarowie, a nadleśnictwo - nieużytki rolne pod lasem. O dziwo, oficjalna dokumentacja wskazuje, że to Skarb Państwa zarobił na tych transakcjach ponad 50 tys. zł, a nie zaradny urzędnik. O tyle bowiem - według wyceny, którą dostarczył Gwiżdż - były cenniejsze prywatne grunty od państwowych.

Rzeczoznawca Gwiżdża stwierdził w 2004 r., że prawie 5 ha ziemi, w tym 3,5 ha pod Zamkiem Królewskim w Niepołomicach, ma wartość zaledwie 70 tys. zł, tj. niespełna 150 zł za ar. Taką wycenę gruntów nadleśnictwa przy zamianie na inne zaakceptował nadleśniczy Stanisław Sennik i Alfred Król, były dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krakowie. Ten drugi - jak się okazuje - także wymieniał działki z zarządzaną przez siebie firmą. W zeszłym roku przekazał w sumie 2,63 ha gruntów rolnych do Nadleśnictw Niepołomice i Nawojowa. W zamian za niewielką dopłatą dostał od Nadleśnictwa Krzeszowice ok. 40 arów pod zabudowę w Zabierzowie. Atrakcyjną państwową działkę wycenił na nieco ponad 2,5 tys. zł za ar ten sam rzeczoznawca, który występował przy innych zamianach w Nadleśnictwie Niepołomice. Dziś grunt ten jest wielokrotnie droższy.

Korzystną zamianę ziemi dla szefa zatwierdzała Krystyna Mikrut, ówczesna zastępczyni ds. ekonomicznych RDLP. Dwa lata wcześniej oboje odegrali odwrotne role. Za rolne grunty pod Piwniczną Mikrut dostała budowlaną działkę w centrum Wieliczki od Nadleśnictwa Niepołomice.

Generalna Dyrekcja Lasów Państwowych po sygnałach o budzącym wątpliwości obrocie ziemią zleciła kontrolę w krakowskiej RDLP. Na wiosnę tego roku stanowiska stracili Król i Mikrut, pozostając jednak pracownikami Lasów Państwowych (Król jest obecnie zastępcą nadleśniczego w Myślenicach). Żadnych konsekwencji nie poniosło kierownictwo Nadleśnictwa Niepołomice.

- Przepisy nie zabraniały mi korzystać z wymiany. Nie wiem, co pod zamkiem będzie za 20-50 lat, ale teraz są tam tereny rolnicze i sieję pszenicę - uciął rozmowę Gwiżdż, odsyłając do RDLP w Krakowie.

Włodzimierz Mularczyk, p.o. szefa RDLP, nie miał wiele do powiedzenia. - Pełnię obowiązki dyrektora dopiero od paru dni. Nie znam szczegółów sprawy. Kontrolę nadleśnictwa Niepołomice zarządziła GDLP - wyjaśnił.

Rzecznik GDLP Przemysław Przybylski potrzebował kilku dni, by odpowiedzieć na nasze pytania. Przed ustaleniami prokuratury nie chciał w ogóle wypowiadać się, czy i - ewentualnie - jakie straty poniosła jego firma. Zapewniał, że przepisy dopuszczały wymianę ziemi nadleśnictw z pracownikami. Przyznał jednak, że wewnętrzna kontrola dopatrzyła się "manipulacji" przy wycenie państwowych gruntów. "( ) z powodu braku planów zagospodarowania przestrzennego wartość przejmowanych działek nie uwzględniała faktu, że mogą one być przeznaczone na działki budowlane" - przekonywał. "Ewentualne decyzje kadrowe i dyscyplinarne" wobec kierownictwa Nadleśnictwa Niepołomice pozostawiła GDLP nowemu dyrektorowi Lasów Państwowych w Krakowie. "Dyrektor generalny uznał, że kwestionowane zamiany zostały w pewnym sensie na nadleśniczym wymuszone przez odwołanego dyrektora RDLP ( )" - zaznaczył rzecznik Przybylski, zapowiadając "drugi etap" wewnętrznej kontroli.

03.01. 2008-04-27 Ireneusz Dańko

Zaskakujący awans nadleśniczego

Nadleśniczy Niepołomic Stanisław Sennik został szefem Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krakowie. W awansie nie przeszkodziły mu niejasności wokół wymiany atrakcyjnych gruntów nadleśnictwa na prywatne działki swego zastępcy i byłego kierownictwa RDLP.

Sennik to kolejny w kraju dyrektor regionalny, którego powołał Jerzy Piątkowski, nowy szef Lasów Państwowych. Nominację podpisano niespodziewanie w sylwestra, a już w środę dyrektor przejął obowiązki. O awansie - jak powiedział "Gazecie" Przemysław Przybylski, rzecznik GDLP - zdecydowało "bogate doświadczenie i sukcesy zawodowe" 62-letniego nadleśniczego. Jakie sukcesy, tego nie potrafił podać Przybylski. Wspomniał tylko, że Sennik przez ostatnie 20 lat kierował z powodzeniem nadleśnictwem Niepołomice.

To tylko śledztwo

Dyrektor generalny Lasów Państwowych zignorował śledztwo, które krakowska prokuratora prowadzi w sprawie nieprawidłowości w obrocie działkami nadleśnictwa Niepołomice. Podejrzane transakcje opisaliśmy tuż przed awansem Sennika. Chodzi o atrakcyjne grunty, które nadleśnictwo zamieniło na prywatne działki zastępcy nadleśniczego Ryszarda Gwiżdża i Krystyny Mikrut, byłej zastępczyni dyrektora ds. ekonomicznych RDLP w Krakowie. W wyniku transakcji Lasy Państwowe uzyskały rolne nieużytki, a pozbyły się m.in. kilku hektarów pod zamkiem królewskim w Niepołomicach. To samo nadleśnictwo uczestniczyło też z kilkoma innymi w wymianie ziemi z Alfredem Królem, byłym dyrektorem Lasów Państwowych w Krakowie.

Wyceny zlecone prywatnie przez pracowników wskazują, że Lasy Państwowe zarobiły na tych transakcjach. Wątpliwości co do tego ma jednak prokuratura i kontrolerzy, którym zbadanie sprawy zlecił poprzednik dyrektora Piątkowskiego. Po wewnętrznej kontroli na wiosnę tego roku stanowiska stracili Król i Mikrut (oboje dalej jednak pracują w LP). Włos z głowy nie spadł nikomu z kierownictwa nadleśnictwa Niepołomice.

Wyjaśnienia po nominacji

Rzecznik GDLP przyznaje, że kontrolerzy dopatrzyli się manipulacji przy wycenie państwowych gruntów. "Dyrektor generalny uznał, że kwestionowane zamiany zostały w pewnym sensie na nadleśniczym wymuszone przez odwołanego dyrektora RDLP (...)" - odpisał, kiedy pierwszy raz zapytaliśmy o sytuację w Niepołomicach. W środę powtórzył, że niejasności wokół obrotu ziemią nie dotyczą Sennika. Jak to możliwe, skoro nadleśniczy akceptował transakcje ze swoim zastępcą i przełożonymi? - Decyzje o zamianie zapadały w regionalnej dyrekcji. W postępowaniu prokuratorskim, które się toczy, pan Sennik nie jest oskarżonym ani nawet podejrzanym - odparł. Jak zaznaczył, GDLP poprosiła nowego dyrektora regionu o wyjaśnienia na piśmie. - Gdy je otrzymam, to przekażę panu - zapewnił.

Nie czekając na list, postanowiliśmy bezpośrednio zapytać dyr. Sennika o zamiany nieruchomości. W środę, mimo prośby o kontakt, był jednak nieuchwytny dla "Gazety". Tymczasem - jak dowiedzieliśmy się - obrót działkami to nie jedyna sprawa, która interesowała prokuraturę w nadleśnictwie Niepołomice. Kilka miesięcy temu zakończono śledztwo w sprawie m.in. nieprawidłowości w gospodarowaniu drewnem i fałszowania dokumentów. Postępowanie umorzono, nie stwierdzając przestępstwa. Po nowych informacjach wielicka prokuratura rozważa jednak wznowienie sprawy.

W tym miejscu przyznam się do błędu. Faktycznie Stanisław Sennik – powołany przez J. Piątkowskiego na stanowisko dyrektora regionalnego lasów w Krakowie nie ma jeszcze prokuratorskich zarzutów. Formalnie rzecz biorąc, postępowanie prokuratorskie kilkanaście miesięcy temu umorzono ale było to tak bezczelne „zamiatanie pod dywan”, że postępowanie wznowiono. Niechcący wyprzedziłem decyzje Prokuratury, dziś wiem z dużą dozą prawdopodobieństwa, że z 16 wątków prokuratorskiego śledztwa przynajmniej kilka zakończy się zarzutami. Pożyjemy, zobaczymy a ten się śmieje, co śmieje się ostatni, panie Rzeczniku…

W tym miejscu zamierzałem omówić mój poprzedni tekst, a zwłaszcza kwestie dotyczące roli i udziału marszałka Bronisława Komorowskiego w leśnych rozgrywkach personalnych.

Póki co wystarczy link: http://www.newsweek.pl/wydania/ artykul.asp?Artykul=24952

PS

  1. Wszystkim Salonowiczom, którzy okazali mi solidarność i interweniowali w sprawę mojego zbanowania w administracji S24 serdecznie dziękuję. To było dla mnie bardzo ważne i w zasadzie głównie z tego powodu nie zniknąłem stąd ostatecznie.
  2. Podałem namiary na rzecznika Lasów. Jeśli ktoś zgadza się ze mną, że pan Przybylski ordynarnie ściemnia proszę o przesłanie mu tzw. „wyrazów”. Może to pomysł na salonową walkę z cenzorami i wyciszaczami.

NEWSWEEK: Marszałek Lasów Państwowych

Małopolscy politycy PO popadli w konflikt z Marszałkiem Sejmu Bronisławem Komorowskim.

pic
Sprawa zaczęła się w styczniu, kiedy z inicjatywy posła i zarazem szefa regionu Andrzeja Czerwińskiego, 13 parlamentarzystów PO napisało list do ministra środowiska Macieja Nowickiego. Zwrócili w nim uwagę na ogromne kontrowersje wokół powołania Stanisława Sennika na stanowisko szefa Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krakowie. Powodem interwencji posłów było prokuratorskie śledztwo w sprawie bulwersującego obrotu ziemią w Nadleśnictwie Niepołomice, którym przed awansem na dyrektora kierował Sennik.


List posłów PO do ministra nie przyniósł efektów, gdyż za Sennikiem wstawił się Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, który co najmniej od połowy lat 90. przyjeżdżał na polowania do Puszczy Niepołomickiej i był gościem Sennika.


Posłowie PO zdecydowali się osobiście spotkać z Komorowskim. 24 stycznia w jego gabinecie stawili się Andrzej Czerwiński i Jarosław Gowin. W rozmowie wziął też udział dyr. Sennik, zaproszony przez marszałka. Spotkanie nic nie dało, Sennik nadal jest dyrektorem. Jednak Jarosław Gowin nie zamierza ustępować. - Nigdy nie pogodzę się z tą nominacją - twierdzi stanowczo.


Kontrowersje wokół nominacji Sennika wynikają z faktu, że to właśnie on, jeszcze jako nadleśniczy w Niepołomicach, wydawał pozytywne opinie dla wymian gruntów dokonywanych pomiędzy Regionalną Dyrekcją Lasów Państwowych a osobami prywatnymi. Prywatnymi, ale nieprzypadkowymi.


Wśród beneficjentów zamian byli: ówczesny dyrektor krakowskich Lasów Alfred Król, a także wicedyr. Krystyna Mikrut oraz zastępca nadleśniczego Sennika, Ryszard Gwiżdż. Ten ostatni w zamian za swoją, leżącą na odludziu działkę otrzymał m.in. ziemię pod Zamkiem Królewskim w Niepołomicach, gdzie miejscowe władze planowały od lat stworzenie kompleksu ogrodniczo-wystawowego, a tuż obok odbudowanie ogrodów włoskich Królowej Bony.


Burmistrz Niepołomic Stanisław Kracik jest oburzony nie tylko faktem, że Lasy uniemożliwiły mu inwestycję, przekazując ziemię swojemu pracownikowi. Nie zgadza się również z wycenami gruntów. - Wartość działki pod zamkiem zaniżono 10-krotnie - twierdzi.

Więcej w poniedziałkowym wydaniu "Newsweeka"

Maciej Gawlikowski, Marek Kęskrawiec

Protest pracowników urzędów skarbowych

nat 28-04-2008, ostatnia aktualizacja 28-04-2008 08:30

W ramach zapowiedzianego na dziś protestu, pracownicy skarbówki biorą urlopy na żądanie i będą oddawać krew. Protestujący domagają się wyższych wynagrodzeń oraz zwiększenia liczby etatów.

Urzędnicy mówią, że konieczna jest także reforma sposobu poboru podatków i całego systemu skarbowego. Tłumaczą, że skomplikowany system utrudnia im wykonywanie obowiązków.

Protest zbiega się w czasie z ostatnimi dniami składania rozliczeń podatkowych. Z tego powodu petenci mogą napotkać na utrudnienia. Jednak ministerstwo finansów uważa, że protest nie powinien utrudnić przyjmowania PITów, ponieważ akcja będzie miała ograniczony zasięg. Rozliczenia można przesyłać pocztą.

Źródło : Polskie Radio

Jak PSL zgodnie z prawem obsadzi instytucje kultury

Tomasz Nieśpiał 28-04-2008, ostatnia aktualizacja 28-04-2008 00:25

Ludowcy szykują się do skoku na muzea i teatry w Lublinie. Posady mogą stracić szefowie największych placówek w regionie

Muzeum Wsi Lubelskiej, filharmonia, Muzeum Lubelskie, Wojewódzki Ośrodek Kultury, Teatr Muzyczny, Muzeum Nadwiślańskie – to sztandarowe placówki kulturalne na Lubelszczyźnie.

Drobiazgowe kontrole wszystkich placówek przez rządzącą województwem koalicję PO – PSL wskazują, że szykują się roszady na dyrektorskich stołkach. Następców wskaże PSL. Ludowcom w podziale kompetencji w zarządzie województwa przypadła kultura.

Pierwsza stanowisko straci Janina Biegalska, dyrektor Wojewódzkiego Ośrodka Kultury.

Zarząd województwa zwrócił się niedawno do ministra kultury i dziedzictwa narodowego o opinię na jej temat. Taki wniosek to początek procedury odwołania. Nieoficjalnie w urzędzie marszałkowskim mówi się, że odwołanie Biegalskiej to zemsta za to, że w marcu odwołała wpływowego działacza lubelskiego PSL Romana Kasperka.

Wśród następców Biegalskiej najczęściej wymienia się Józefa Obroślaka, byłego dyrektora placówki z PSL.

Zarząd województwa nie zaprzecza. – A co tu dementować? Jak będzie wakat, to będziemy się zastanawiać nad następcą. Niewykluczone, że rozpiszemy konkurs – mówi Arkadiusz Bratkowski, wicemarszałek z PSL, który zajmuje się sprawami kultury.

Czarne chmury zbierają się też nad Mieczysławem Ksieniakiem, dyrektorem Muzeum Wsi Lubelskiej w Lublinie.

Niedawna kontrola w muzeum wykazała nieprawidłowości przy procedurach przetargowych i nieprzestrzeganie przepisów fitosanitarnych. Marszałek zawiadomił rzecznika dyscypliny finansów publicznych i inspekcję weterynaryjną.

To ludowcom podczas podziału kompetencji w sejmiku przypadły sprawy kultury

– Sęk w tym, że do oceny zastosowano kryteria bardziej stosowne do kontrolowania PGR niż skansenu – mówi nam dobrze znający sprawę urzędnik marszałka.

Kontrola trwa też w Filharmonii Lubelskiej i Teatrze Muzycznym. Jak ustaliła „Rz”, filharmonia może się spodziewać kontroli komisji rewizyjnej sejmiku. – Nawet w najlepiej zarządzanej instytucji można znaleźć jakieś niedociągnięcia, ale o wyniki kontroli jestem spokojny – mówi Mirosław Ziomek, dyrektor filharmonii.

Ale już wiadomo, że kontrola pogrąży Ziomka. Zapowiedział to „Rz” jeden z członków zarządu województwa. Zastąpić go ma członek PSL Leszek Kraczkowski. Jeśli nie zostanie dyrektorem Muzeum Lubelskiego.

Jego obecny szef przechodzi w tym roku na emeryturę. – To szukanie haków. Te działania wpisują się w zasadę: dajcie mi człowieka, a znajdę na niego paragraf – mówi „Rz” jeden z kontrolowanych ostatnio dyrektorów. – A wszystko to dzieje się na oczach zupełnie biernej PO.

Władze lubelskiej Platformy nie chcą komentować sprawy. Niechętnie rozmawiają też członkowie zarządu województwa z PO. – W zarządzie jest podział zadań, nie jestem kompetentny do rozmowy na ten temat – stwierdza Jacek Sobczak, wicemarszałek z PO.

– Nie ma żadnego przejmowania kultury przez PSL i szukania haków. Chcemy się po prostu przyjrzeć, jak zarządzane są poszczególne instytucje, i wyciągnąć z tego konsekwencje. Głowy polecą tylko wtedy, gdy okaże się, że wydawanie publicznych pieniędzy było nieprawidłowe – twierdzi Bratkowski.

Źródło : Rzeczpospolita


0 komentarze: